czwartek, 19 marca 2015

Rozdział Czwarty.

                                                        ***~Tessa~***

Byłam przerażona. Ktoś napadł na zamek Królowej Jesieni. Chłopcy w moim wieku i trochę starsi. Wszyscy czarnowłosi i uzbrojeni w miecze i sztylety. Nory jak nie było tak nie ma. Nie działała na nich żadna magia,co oznaczało,że nie są zwykłymi ludźmi. Walka trwała w najlepsze,a ja ukrywałam się jak kilka innych dziewcząt pod stołem zakrytym długim obrusem. Cała się trzęsłam i miałam łzy w oczach. Nie wiedziałam co robić. Tak strasznie się bałam. Ktoś chwycił mnie za ramię i wyciągnął spod stołu. Krzyknęłam przerażona. Byłam beznadziejna w walce. Nie miałam żadnych szans z czarnowłosym chłopakiem starszym ode mnie o rok z mieczem przystawionym mi do gardła. Stałam przed nim nieruchomo,zbyt przerażona by się ruszyć.

                                                       ***~Nora~***

-Spróbuj z kimś mniej bezbronnym-warknęłam na czarnowłosego chłopaka,który przystawiał miecz do szyi mojej siostry.
Zaatakowałam go zanim zrobił cokolwiek. Kopnęłam go w brzuch z całej siły. Zachwiał się i cofnął o pięć kroków do tyłu. Zasłoniłam własnym ciałem Tessę i podałam jej wolną ręką hełm. Ubrała
go niezdarnie i zanurkowała z powrotem pod stół. Chłopak zaatakował,ale zdążyłam zrobić unik zanim odciąłby mi głowę.  Odparowałam kolejny jego cios jednocześnie kopiąc go w kroczę. Zwinął się na podłodze,ale zanim zdążyłam coś zrobić Tessa krzyknęła,że następny jest za moimi plecami. Odwróciłam się błyskawicznie,robiąc krok w tył. Zablokowałam cięcie w ramię i kopnęłam przeciwnika w to samo miejsce co wcześniejszego tylko o wiele mocniej. Byłam wściekła na Damona,na siebie i na czarnowłosych chłopaków,którzy pojawili się znikąd i zaatakowali. Bardzo szybko znachodziłam następnych przeciwników.
        W końcu zaczęli się wycofywać. Byłam trochę zmęczona,ale i szczęśliwa. Walczyłam! I wygraliśmy! Skakać to sobie nie poskakałam,bo Ken kazał mi usiąść i się nie ruszać. Aston podał mu apteczkę,a ten od razu ją wziął i wyciągnął wodę utlenioną i bandaże. Teraz dopiero sobie uświadomiłam,że piecze mnie ramię. Miałam dużą ranę ciągnącą się od łokcia,aż do ramienia. Zabolało jak ją oczyścił i zabandarzował,ale nawet się nie skrzywiłam. Rana nie była,aż tak poważna,więc nie trzeba było ją szyć. Cieszyłam się,że to lewa ręka,a nie prawa bo byłabym unieruchomiona. A tak to przy najmniej mogłam się bronić,bronić siostry. Opuściliśmy zamek jako drudzy,kilka minut po Księżniczce Fionie. Ken pomógł mi wsiąść na konia i cały czas się pytał czy dobrze się czuję. Cierpliwie odpowiadałam,że tak. Nic mi nie było! Kiedy tylko Tessa zapakowała się do powozu, ruszyliśmy.
        Kiedy dojechaliśmy do naszego zamku,napięta atmosfera znikła. Zsiadłam z konia i zaprowadziłam go do stajni. Od siodłałam i nakarmiłam. Potem poczekałam na resztę razem z Tessą.
-Walczyłaś jak prawdziwa strażniczka-oznajmiła z wielkim uśmiechem,trącając mnie biodrem.
-Ja jestem prawdziwą strażniczką-odpowiedziałam z równie wielkim uśmiechem,trącając ją biodrem-Nawet się nie zorientowałam,że ktoś mnie zranił. Walka mnie wciągnęła-dodałam.
-Zaskoczyli nas-westchnęła-Gdzie byłaś jak walka się zaczęła?-zapytała.
Zarumieniłam się z zawstydzenia.
-Miałam na głowie Damona. Nie będę pokazywać palcem kto mnie w to wrobił-odpowiedziałam-Sporo czasu zajęło mi obezwładnienie go-dodałam poważniejąc.
-Całowaliście się-stwierdziła po prostu.
-Nie-zaprzeczyłam-To on miażdżył mi usta-dodałam,widząc jak otwiera usta.
Zobaczyłam,że strażnicy wracają.
-Opowiem Ci o tym później-szepnęłam cicho,kończąc temat.
-Z całą pewnością mi to opowiesz,ze szczegółami-odszepnęła.
Wzniosłam oczy do nieba.
-Jak mama się dowie,że zostałam ranna to padnie-stwierdziłam z uśmiechem.
-Najpierw wrzaśnie-oznajmiła Tessa.
-Zobaczymy-mruknęłam,wchodząc pierwsza.
W zamku było cicho jak nigdy. Nie zastanowiło mnie to. Pewnie jedli już śniadanie. Ruszyłam korytarzem i stanęłam przed drzwiami. Popchnęłam jeden bok drzwi i weszłam do pustej jadalni. Zmarszczyłam brwi zdziwiona,że ich nie ma. Czyżby znowu pojechali gdzieś nie zawiadamiając nas o tym? Zapewne. Albo może są jeszcze w sali obrad,albo mają audiencję. Wyszłam z jadalni i poszłam do sali obrad.
-Nie uwieży....-zaczęłam,ale zaraz przerwałam zaskoczona bałaganem-Wow,nawet ja nie mam takiego bałaganu w pokoju-mruknęłam.
Wszystko było poprzewracane,zbite i połamane. Normalnie szczęka mi opadła-nie dosłownie. Widziałam nieraz mamę w akcji,potrafiła zrobić lepszy bałagan,ale to wyglądało jakby ktoś ich zaatakował.
-Tessa!!!-krzyknęłam,odwracając się.
Zamarłam w bezruchu. Byłam zdziwiona widokiem chłopaka o czarnych włosach i złotych oczach. Był wyższy ode mnie i zapewne silniejszy. Opierał się o framugę drzwi ze skrzyżowanymi rękami i przyglądał mi się. Aurę miał złowrogą,więc nie dałam się zwieść jego postawie.
-Kim jesteś i gdzie są moi rodzice?-zapytałam,rozglądając się czujnie.
Miał dużo czasu na zaatakowanie zamku. Tylko czemu wszędzie jest tak samo,tylko nie tu? Zaatakował z zaskoczenia tak jak w Krainie Jesieni zamek?
-Powinnaś już to dawno rozgryźć-odpowiedział z uśmiechem.
Czas. Potrzebowałam czasu na ucieczkę,albo dostanie się do jakiegoś innego pomieszczenia.
-Mam już swoją wersję wydarzeń-stwierdziłam.
-Chętnie posłucham-odpowiedział.
-Przysłałeś moim rodzicom wiadomość,że przyjedziesz,dlatego tak dziwnie się zachowywali. Oni z kolei wysłali nas do Królowej Jesieni na bal. Wysłałeś tam swój oddział Czarnych Włosów,by przetrzymać nas tam dłużej. Niestety ja wszystko zniszczyłam,bo nie przewidziałeś,że nie lecę na Damona i go unieruchomię na jakiś czas oraz pomogę reszcie i zostanę ranna. Spodziewałeś się,że wrócimy rano. Musiałeś się uporać z kobietą władającą mocą lodu i wojownikiem,ale co tam. Przecież masz armię Czarnych Włosów. Unieruchomiłeś ich i zamknąłeś w lochach albo wywlokłeś do swojej kryjówki,żeby nas nimi szantażować. Zgadłam?-swoją wersję wydarzeń oparłam na faktach.
Po jego minie wywnioskowałam,że jednak zgadłam. Nie wiedziałam tylko gdzie jest jego kryjówka i kim jest. I w jakiej części zgadłam.
- A może zmusiłem ich,by oddali mi koronę i później zabiłem?-zapytał z dziwnym uśmiechem.
-To Twoja wersja wydarzeń-odpowiedziałam-Moja jest lepsza-stwierdziłam po chwili ciszy.
Wreszcie przypomniałam sobie gdzie jest tajne wyjście w podłodze. Pod zamkiem są tunele,które cholernie dobrze znam. Sama w nich błądziłam tyle razy,że nauczyłam się ich na pamięć. W zamku są niezliczone schrony,tunele do nich prowadzą. Wejście jest w końcie po mojej prawej. Zaśmiał się z mojego stwierdzenia.
-Damon na Ciebie leci?-zapytał naprawdę dziwnym głosem.
-Niestety nie odwzajemniam jego uczucia-odpowiedziałam,bo wyczekiwał odpowiedzi.
Znowu się zaśmiał.
-Jak wiesz Król nie może panować bez swojej Królowej...-zaczął,ale mu przerwałam.
-Jeśli to mają być oświadczyny to ich nie przyjmuję. Złóż je jakiejś naiwniejszej dziewczynie-powiedziałam.
Błyskawicznie się schyliłam i szarpnęłam za niewidoczną linę do włazu. Kiedy tylko go odsunęłam,wskoczyłam tam. Czarnowłosy był zdumiony albo tym,że mu odmówiłam,albo tym,że znałam tunele. Nic mnie nie obchodziło. Ważne,że znalazłam się w tunelu głównym. Nie czekając,aż za mną pobiegnie rzuciłam się biegiem w głąb tunelów. Panował tu półmrok i byłam widoczna w białej zbroi,ale nie zwracałam na to uwagi. Skręciłam na pierwszym lepszym rozwidleniu tuneli i przyśpieszyłam. Po drodze się potykałam,ale nie przewróciłam się. Byłam przerażona. Nie znałam wroga,ale mogłam stwierdzić,że był szybki. Miałam nadzieję,że nie zna tuneli i pobiegł w przeciwną stronę,bo jeśli nie...to byłam w pułapce. W tej części było ciemniej i nie miałam tu wyjścia. Mogłam się ukryć w jakimś schronie albo wejść na górę do jakiegoś pokoju co zajełoby mi trochę czasu,bo tu nie ma drabin. Byłam widoczna z daleka i jedynym sposobem,żeby się ukryć było ściągnięcie zbroi. Ale wtedy nie mogłabym się bronić,bo ryzykowałam życiem. Usłyszałam ciężkie kroki za sobą. Jednak znał tunele i teraz świetnie mnie widział. Ominęłam wielki głaz leżący tu od kilku lat i przyśpieszyłam resztkami sił. Nie miałam szans uciec i on dobrze o tym wiedział. Przyśpieszył i dzieliło mnie od niego zaledwie kilka metrów. Odwróciłam głowę w bok,by zobaczyć ile dokładnie metrów nas dzieliło. Tylko trzy. Potknęłam się,ale jeszcze zdążyłam się odwrócić i rąbnęłam całym ciałem o kamienną podłodę. Upadek odebrał mi oddech. Wykorzystując moje oszołomienie,czarnowłosy chłopak zdążył unieruchomić mi ręce,siadając na moich biodrach. Zacisnął swoje palce na moich rękach tuż nad kostkami. Oddychałam ciężko,podobnie jak on. Kiedy mój oddech był prawie w normie,spróbowałam się wyrwać. Niestety nic to nie dało. Był za silny. Byłam zła,a właściwie wściekła. Dlaczego nie uciekłam z zamku? Znałam odpowiedź. Nie mogłam zostawić siostry  z tym psychopatą. Nagle przypomniało mi się coś. Jak uciekałam przed kimś. Przed nim,ale mnie złapał i pocałował. Wtedy myślałam,że już zmieniłam przyszłość,ale wcale nie. Nie wtedy. Teraz. Zmieniłam ją teraz. Nie uciekłam do lasu,tylko w głąb tuneli. Przynajmniej unikłam całowania się z nim. Wzdrygnęłam się.
-Złaź natychmiast ze mnie!-krzyknęłam wściekła.
Jedyne co zrobił to pochylił się nade mną. Nasze twarze dzieliły centymetry. Był zły,na razie tylko zły. Jego złote oczy pociemniały,a twarz wyrażała tylko złość i smutek. Jeśli chciał wywołać u mnie poczucie winy to mu się nie udało.
-Nie mam takiego zamieru-syknął przez zaciśnięte zęby.
Jego uścisk na moich rękach się wzmógł i powoli traciłam czucie w palcach. Ból jaki czułam przez jego uscisk był duży,ale bardziej bolały mnie plecy. Zacisnęłam usta w wąską linię,by nie jęknąć z bólu. Oczy mi powoli wilgotniały. Nie zamierzałam przy nim płakać. Nigdy. Zamrugałam szybko powiekami,odganiając łzy. Poluźnił uścisk i wziął kilka głębokich oddechów.
-Nie uciekaj,bo nie uciekniesz,a oszczędzisz mi nerwów i sobie bólu-powiedział.
Nie odpowiedziałam.
-Jak już mówiłem,zostałem Królem,ale nie mogę żądzić bez swojej Królowej,więc postanowiłem,że zostaniesz nią Ty-oznajmił mi.
-Nie będę Twoją Królową-odpowiedziałam.
-Jak wiesz Król może wybrać każdą niezamężną kobietę i nawet na siłę ją poślubić-stwierdził.
Spróbowałam się jeszcze raz uwolnić,ale był za ciężki.
-Musiałabym się zgodzić przed księdzem i ludźmi oraz powiedzieć taką jedną głupią formułkę,a do tego mnie nie zmusisz-odparłam.
-Nawet jeśli uwolnię Twoją siostrę? Rodziców? Nie poświęcisz się dla nich?-zapytał.
Wiedział,że to mój czuły punkt. Każde pytanie bolało.
-Nie jesteś tego wart,a poza tym zabiłeś ich-odpowiedziałam po chwili.
-Są jeszcze żywi-odpowiedział-I to Twoja decyzja może ich zabić albo ocalić-dodał.
-Nie wierzę Ci-oznajmiłam-Nie wypuścisz ich jeśli się zgodzę. Po prostu ich zabijesz po wszystkim i nie piśniesz o tym słówka-dodałam.
-A jeśli przysięgnę?-zapytał.
-Dlaczego Ci na tym tak cholernie zależy?-zapytałam.
-Może Cię kocham i pragnę?-odpowiedział pytaniem na pytanie.
Prychnęłam pogardliwie.
-Może to jest szerokie,długie i głębokie-warknęłam i powiedziałam co sobie może zrobić z tą jego miłością.
Zaśmiał się w odpowiedzi.
-To w Tobię zmienię-oznajmił-Jesteś za pyskata.
-Jedynie co możesz zmienić to siebie i Twoich żałosnych sługusów-odpyskowałam.
-Mylisz się-oznajmił.
-To Ty się mylisz! Nie możesz nikogo zmieniać bez jego zgody! Nie siłą!-krzyknęłam.
-Mogę robić co mi się podoba-warknął.
-Jesteś pomylony!!!!-wrzasnęłam na całe gardło.
Waśnie tak sądziłam. Był pomylony. Moje słowa go zabolały,co było dziwne.
-Mam jeszcze jedną wersję. Jest o Tobie-oznajmiłam po chwili-Chcesz posłuchać?-zapytałam.
-Chętnie-odpowiedział.
-Myślę,że jacyś ludzie Cię mocno i nie przebaczalnie zranili. Może Twoi rodzice,może ktoś inny. Zranili Cię tak głęboko,że postanowiłeś się zemścić i zmieniłeś się. Stałeś się właśnie taki. Podły,zły,cholernie przebiegły...Ale po drodze się pogubiłeś i teraz mścisz się na wszystkich,którzy wejdą Ci w drogę. Po prostu w pewnym momęcie się zgubiłeś w tym wszystkim. Boisz się odrzucenia i nie dajesz innym wyjścia. Po prostu muszą się zgodzić,bo krzywdzisz im kogoś bliskiego,żeby czuli ten sam ból co Ty.
Nie mają innego wyjścia niż zgodzić się na Twoje zachcianki-powiedziałam.
Przez chwilę wyglądał jak smutny,zagubiony chłopak,który wie,że popełnił kilka błędów,ale nie wie jak to odkręcić. Tylko przez chwilę,a potem znowu stał się potworem. Uderzył mnie w twarz z otwartej ręki. Uderzenie było bolesne,ale nie rozcięło mi ust.
-Nigdy więcej tak nie mów-rozkazał wściekły.
-Nie zamierzam się już odzywać do Ciebie-odpowiedziałam,stłumionym przez łzy głosem.
Wstał ze mnie i brutalnie podniusł mnie z kamiennej podłogi. Ruszył w stronę,z której przybiegliśmy-ciągnąc mnie za sobą siłą. Z pewnością napawał się satysfakcją,że może mnie zaciągnąć siłą do mojego własnego zamku. Przez całą drogę stawiałam opór i nie odzywałam się do niego.
        Nawet kiedy wepchnął mnie do mojego własnego pokoju. Zamknął drzwi na klucz i postawił strażników. Podeszłam do okna i spojrzałam w dół. Na około zamku też ich postawił. Nikt nie wyjdzie i nie wejdzie bez jego wiedzy. Nie miałam jak uciec,ale mimo wszystko pobiegł za mną. Bał się tracić nad wszystkim kontroli,a ja byłam niekontrolowana. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam czarne spodnie,niebieski podkoszulek z wielkim białym płatkiem śniegu i białe buty do kolan. Odwinęłam bandaż i przemyłam ranę wodą utlenioną,a potem nasmarowałam maścią. Rana już nie krwawiła,ale strasznie bolała. Wyszłam z łazienki i wyciągnęłam farby z półki. Podeszłam do ściany i zaczęłam malować brzydką,przerażającą i podłą bestie. Użyłam czarnego i brązowego koloru. Był nią czarnowłosy. Pod sufitem namalowałam śnieżną sowę przysłaniającą żółte słońce. Obrazy nie były jakieś specjalnie piękne,ale opisywały kawałki z mojego życia. Na chmurze narysowałam małpkę jedzącą kiwi. Małpka była jaskrawopomarańczowa,a kiwi ciemnozielone. Schowałam farbki i pędzle z powrotem do półki. Czułam w sobie pustkę,kiedy narysowałam dzisiejszy dzień. Policzek już nie bolał. Nic mnie już nie bolało oprócz serca. Usiadłam na podłodze i otworzyłam księgę wszystkich królestw. Przerzucałam bez celu strony. Nie wiedziałam czemu tak robię,a potem nagle mnie olśniło. Szukałam czarnowłosego,żeby wiedzieć z kim mam do czynienia,ale jego tam nie było. Nie było go w żadnej księdze. Próbowałam nie usnąć,czytając stare baśnie,ale nie udało mi się. Powieki opadły i zasnęłam.
         Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Usiadłam na podłodze i przeciągnęłam się jak kot. Popatrzyłam na ranę,na lewym ramieniu. Powoli się zasklepiała,ale wiedziałam,że będę miała piękną bliznę. Pierwsza blizna na pierwszej walce. Drzwi do pokoju się otworzyły i czarnowłosy wojownik wszedł niosąc tacę z jedzeniem.
-Obiad-oznajmił szorstkim głosem.
Położył tacę na stoliku i wyszedł. Zerknął tylko raz na mnie,a właściwie na moje lewe ramię. Nie przejmowałam się tym. Jeśli zgłosi ranę swojemu panu,nic się nie stanie. Rana sama się zagoi. Zjadłam obiad,prawie się do tego zmuszając. Nie miałam jakiegoś większego planu. Musiałam zacząć ćwiczyć,by być silna i szybka. Zaczęłam od przysiadów,brzuszków i grzbietów. Po trzech godzinach moje mięśnie odmówiły współpracy i siedziałam na fotelu jak szmaciana lalka.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz