czwartek, 19 marca 2015

Rozdział Piąty.

Przez tydzień wstawałam rano,ćwiczyłam i jadłam śniadanie,ćwiczyłam i spałam. Obiad i kolacja wyglądały tak samo. Miałam już widocznie zarysowane mięśnie nóg i brzucha. Rana zagoiła się dwa dni temu,więc pracowałam więcej nad mięśniami rąk. Ten sam wojownik przynosił mi jedzenie. Mieliśmy mały układ,którego żadne z nas nie omówiło. On w ciszy zajmował się swoimi obowiązkami,a ja swoimi. W ciszy zaczęłam się podciągać na rękach. Zrobiłam sobie lodowy drążek w kącie pokoju. Właśnie robiłam ostatnią serię podciągnięć,kiedy drzwi otworzyły się ukazując czarnowłosego potwora. Bez słowa się podciągnęłam i opuściłam. Kolejna powtórka i przeszłam do brzuszków. Wyczułam,że moje ignorowanie go wkurza,ale nie miałam zamiaru przerywać tylko dlatego,że mu się tak podoba albo ma taką zachciankę. Zamknął drzwi z cichym trzaskiem mającym oznajmić mi,żebym lepiej przerwała i zwróciła na niego uwagę. Skubiłam się na liczeniu brzuszków. 34,35,36...41,42,43...54,55,56...60,61,62...
-Przestań mnie ignorować i porozmawiaj ze mną!-warknął z fotela.
Otworzyłam okno za pomocą mocy-nie przestawając robić brzuszków. Lodowaty wiatr wpadł do mojego pokoju.
-Co to ma znaczyć? Nie zamierzasz ze mną rozmawiać?-zapytał zdziwiony-Zachowujesz się jak dziecko-oznajmił.
Wzruszyłam ramionami przy kolejnym brzuszku. Wojownik z tacą zapukał trzy razy i wszedł. Chyba wiedział,że jest tu jego pan od siedmiu boleści. Rzucił mi współczujące spojrzenie,położył tacę na stoliku,ukłonił się czarnowłosemu i odwrócił się ruszając do drzwi.
-Nie musisz pukać-oznajmiłam mu cicho.
Skinął głową wychodząc. Kiedy doszłam do stu przestałam robić brzuszki. Zrobiłam ćwiczenie rozluźniające mięśnie i wstałam z podłogi. Usiadłam na krześle,naprzeciwko niego i zaczęłam jeść-zupełnie go ignorując. Szlag go trafił dopiero jak zjadłam i zaczęłam robić przysiady.
-Masz natychmiast przestać ćwiczyć!!!-krzyknął czerwony na twarzy.
Rzuciłam mu rozbawione spojrzenie,ale nie przestałam robić przysiadów. Błyskawicznie znalazł się naprzeciwko mnie i złapał mnie za ramiona dość boleśnie. Spojrzałam wymownie na jego ręce,ale się nie odezwałam.
-Odezwij się-nakazał niskim,złowrogim głosem.
Skrzyżowałam ręce pod piersiami,popatrzyłam mu w twarz i uniosłam jedną brew. Komunikat była jasny: Nie. I co zrobisz?. Szybko go odczytał. Zacisnął mocniej prawą rękę,lewą puścił i odwrócił się do drzwi. Ruszył ciągnąc mnie za sobą. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz,a ja za nim. Tam gdzie stawiałam kroki zostawał szron. Napisałam na ścianie przed nami: Humorek Ci nie dopisuje?. Zacisnął mocniej palce na moim lewym ramieniu.
-To Tobie zaraz nie dopisze-warknął w odpowiedzi.
Prychnęłam pogardliwie w odpowiedzi. Przeszliśmy jeszcze dwa korytarze na niższym poziomie i zatrzymaliśmy się przed jedną z wielu cel dla magicznych więźniów skazanych na więzienie przez moich rodziców. Otworzył drzwi i zobaczyłam zakrwawioną mamę. O mało nie upadłam. Na szczęście czarnowłosy ani na chwilę nie poluźnił uścisku na moim biednym ramieniu. Przerażona patrzyła na czarnowłosego. Była przywiązana do metalowego krzesła,a z jej świeżych ran ciekła krew. Jej suknia już nie była jasnoniebieska tylko czerwono-bordowa. Jęknęłam na jej widok i zaskoczona mama przeniosła wzrok na mnie. Białe włosy opadały teraz czerwone i w strąkach na jej chudą twarz,ale nadal była piękna. Wyraźnie odetchnęła z ulgą.
-No więc?-zapytał czarnowłosy,przyglądając mi się.
Popatrzyłam na niego miażdżąco i przeniosłam wzrok na ścianę za zmaltretowaną mamą. Na ścianie pojawiało się szronowe zdanie. "Torturując moją rodzinę tylko umacniasz mnie w przekonaniu,że jesteś potworem". Bo taka była prawda. Zacisnął palce jeszcze mocniej na moim ramieniu. Poczekałam,aż przeczyta jeszcze raz i zmazałam zdanie. Mama patrzyła na mnie z dumą. Uśmiechnęłam się do niej przez łzy,które wyleciały z moich oczu.
-Nie przejmuj się nami,to Twoje życie-powiedziała mama bezgłośnie.
Skinęłam głową.
-Kocham Cię Mamo-odpowiedziałam,poruszając tylko ustami.
Czarnowłosy zamknął drzwi władczo i pociągnął mnie do schodów. Wolną ręką wytarłam łzy.
-Radziłbym Ci przemyśleć moją propozycję ślubu w zamian za wolność Twojej rodziny i poddanych-powiedział chłodnym tonem.
Ale jego oczy pełne triumfu mówiły,że właśnie wygrał. Kiedy dotarliśmy pod moje drzwi,bez słowa dotknęłam ściany,a potem weszłam do swojego pokoju. "A może pozwolę Ci zabić wszystkich i poczekam aż umrzesz od wyrzutów sumienia?"-to napisałam na ścianie. Wróciłam do przerwanych
przysiadów. Musiałam się czymś zająć,bo rozpadłabym się na kawałki. Kiedy skończyłam wykonywać wszystkie ćwiczenia,zaczęłam jeszcze raz. Nie pomogło zupełnie. Wyciągnęłam farby i namalowałam zakrwawionego białego królika,który miał dumę w oczach. Wielki płatek śniegu,który się roztrzaskał.
I wreszcie samą siebie w białej zbroi. Czarne spodnie,czarne buty,niebieską bluzkę,na niej białą zbroję. Białe włosy miałam związane w warkocza,który był przerzucony przez prawe ramię. Dumnie opierałam się o swój miecz. Hełm nie zasłaniał twarzy,więc miałam trochę problemu z namalowaniem sobie twarzy. Twarz wyrażała powagę,dumę i miłość do walki. Kilka niesformych kosmyków opadało mi na czoło. W mojej postawie było widać ukrytą siłę. Patrzyłam na swoje dzieło z zachwytem. A potem skuliłam się na fotelu i patrzyłam na obrazy,które sama namalowałam. Zasnęłam po godzinie.
         Kiedy się obudziłam,nie byłam sama w pokoju. Na łóżku leżał wyciągnięty jak jaszczurka czarnowłosy. Byłam przykryta ciepłym kocem,ale moje ciało było zimne,podobnie jak moje serce.
-Przyrzeknij-nakazałam cicho.
Usiadł zaskoczony i utkwił we mnie swoje spojrzenie.
-Przyrzeknij,że wyślesz moją rodzinę i poddanych w bezpieczne miejsce. Całych i zdrowych oraz,że zostawisz ich w spokoju-rozwinęłam swoje żądania.
-Przyrzekam,że wyślę ich w bezpieczne miejsce całych i zdrowych oraz zostawię ich w spokoju-przyrzekł.
Widać było gołym okiem,że odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się do mnie-szczęśliwy i pełen energii. W przeciwieństwie do niego daleko mi było do bycia szczęśliwą. Miałam tylko nadzieję,że kiedy dostanie to co chciał da się zmienić. Będzie lepszy. Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Usiadłam i podkuliłam nogi pod brodę,po czym objęłam je rękami. Miałam tylko nadzieję,że stanie się lepszy. Wbiłam wzrok w podłogę i wzięłam kolejny oddech. Czarnowłosy kucnął przede mną i delikatnie podniusł moją głowę do góry bym mogła na niego spojrzeć. Popatrzyłam mu w oczy. Jego lśniące od emocji,moimi lśniącymi od łez.
-Przyjmuję Twoje oświadczyny-oznajmiłam.
Miałam wybór i postąpiłam właściwie-tak mówiło moje serce. Rozum mówił,że jestem głupia zgadzając się na ślub. Zawsze kierowałam się rozumem i sercem,ale kiedy się kłuciły sięgałam rady rodziców. Oboje mówili,żebym w takich wypadkach słuchała serca. I posłuchałam. Jeśli się nie zmieni zawsze mogę uciec albo coś w tym stylu. Bałam się myśleć co bym zrobiła,gdyby jednak się zmienił na lepsze. Nie miałam pojęcia i to mnie przerażało. Skok w nieznane. Pocałował mnie delikatnie,pytająco. Odpowiedziałam na pocałunek. Nie miałam siły i było mi tak zimno! Dotknęłam niepewnie dłonią jego policzka. Przerwał pocałunek i dotknął otwartą dłonią mojego czoła. Jego dłoń była ciepła.
-Masz gorączkę-oznajmił lekko zaniepokojony.
Wstał,odrzucił koc i wziął mnie delikatnie na ręce. To by wyjaśniało dlaczego nie mam siły i jest mi zimno,chociaż w pokoju było ciepło. Wybiegł z pokoju ze mną na rękach i warknął coś do strażnika. Tamten skinął głową i pobiegł gdzieś. Czarnowłosy otworzył jakieś drzwi,a ja walczyłam o zachowanie przytomności i ostrości wzroku. Przymknęłam oczy kiedy położył mnie na czymś miękkim i ciepłym. Ukląkł przede mną zasłaniając ogień trzaskający w dużym kominku.
-Nie zasypiaj-poprosił,patrząc na mnie przestraszony.
Skinęłam ledwie zauważalnie głową. Pocałował mnie w czoło i wziął za rękę. Po kilku sekundach jakiś staruszek kazał mu się odsunąć ode mnie. Zrobił to niechętnie,ale się nie sprzeczał. Podłożył do kominka. Dopiero po chwili się zorientowałam,że starszy człowiek to troll-uzdrowiciel. Był zaprzyjaźniony z rodzicami. Lubiłam go i byłam mu wdzięczna,że chce mi pomóc. Położył coś na moim czole,przykrył mnie puchatym niebieskim kocem i kazał walczyć z chorobą. Zamrugałam dwa razy powiekami i zapadłam się w ciemność.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz