Wczoraj odbył się mój drugi w życiu ślub. Tym razem z Maxonem,z
Królem. Teraz był dla mnie milszy i szczerszy. Może to dla tego,że
zamknęłam się w pokoju i zamroziłam drzwi razem ze ścianą. Może teraz mi
ufał. Nie chciałam o tym wiedzieć. Siedziałam na podłodze i płakałam
bezgłośnie,do momentu kiedy zabrakło mi łez i uspokoiłam się. Zostałam
Królową,a moim mężem był przystojny Król. Powinnam się
cieszyć,nieprawdaż? Tylko,że Król nie był taki za jakiego mieli go moi
poddani. Moja osobista pokojówka dobijała się do drzwi i łagodnie
mówiła,żebym otworzyła,bo muszę się ubrać. Jakbym sama tego nie
potrafiła. Wiedziałam,że prośba ma drugie dno. Maxon jej kazał mnie
ubrać. Zapewne sam wybrał suknie. Na mojej ścianie pojawiło się wczoraj
kilka obrazów. Panna młoda bez twarzy,ubrana w piękną suknię z piór
łabędzi i piękną koronę. Tak,to byłam ja. Nieszczęśliwa panna młoda.
Obok niej stał idealnie skopiowany Maxon i uśmiechał się. Był w czarnym
smokingu. Normalnie wyglądaliśmy jak dobro i zło,w pięknych wcieleniach.
Pojawił się też martwy jastrząb. Wzięłam prysznic i ubrałam się w strój
strażniczki. Nadal nią byłam. Strażniczką. Co z tego,że Królowej nie
wypadało chodzić w zbroi. Nikt nie miał nade mną władzy. Przypięłam pas z
mieczami w pochwach i odmroziłam ścianę wraz z drzwiami. Wyszłam na
korytarz i ominęłam zdumioną,czarnowłosą pokojówkę. Wiedziałam,że
przyjmował poddanych osądzających się nawzajem o coś w sali tronowej.
Weszłam tam spokojna. Odzyskałam równowagę duchową w sobie. Dwie kobiety
oskarżały się nawzajem o ukradzenie noworodka. Maxon był zdziwiony i
nie wydawał się widzieć rozwiązania. Noworodek spoczywał na rękach
czarnowłosej kobiety ubranej w zieloną suknie. Brązowowłosa była
przygnębiona. Wiedziałam jak rozpoznać prawdziwą matkę dziecka. To była
banalna sprawa. Czarnowłosy miał na głowie srebrną koronę z białymi
brylantami. Miała piękny wzór i zachwycała wszystkich. Ubrał się w
czarne spodnie i niebieską bluzkę. Włosy miał w nieładzie,a wzrok smutny
i pełen zdezorientowania. Podniósł na mnie wzrok ze swojego tronu.
Uśmiechnął się do mnie z podejrzaną czułością i wyraźnie odetchnął z
ulgą,kiedy mnie zobaczył. Kobiety też się odwróciły i nisko dygnęły.
-Dzień Dobry,Wasza Wysokość-powiedziały chórem.
-Dzień Dobry,miłe panie-odpowiedziałam.
Byłam
poważna,pewna siebie,ale zarazem wesoła. Podeszłam do swojego tronu,ale
nie siadłam na nim. Stanęłam metr przed nim i odwróciłam się.
Uśmiechnęłam się do Maxona i spojrzałam na kobiety. Patrzyły na mnie z
podziwem i zachwytem. Uważnie obserwowałam dwie kobiety.
-Znam rozwiązanie na Wasz spór,miłe panie-oznajmiłam.
-Jaki,Wasza Wysokość?-zapytała z szacunkiem czarnowłosa.
-Skoro obie kłócicie się o dziecko,możemy je przeciąć na pół i obie je będziecie miały-odpowiedziałam.
Brązowo włosa kobieta o zielonych oczach,ubrana w ciemnoniebieską suknie rozpłakała się i padła na kolana.
-Nie,błagam!! To ona jest jej prawdziwą matką!!-krzyknęła zrozpaczona.
-Może być-odpowiedziała w tym samym momencie czarnowłosa.
Wiedziałam
już,że to brązowo włosa kobieta jest prawdziwą matką dziecka.
Wiedziałam to,ponieważ każda prawdziwa matka chce,żeby jej dziecko było
bezpieczne i szczęśliwe. Zeszłam z małych schodków prowadzących na mój i
Maxona tronów. Podeszłam do czarnowłosej,wyciągając do niej ręce.
Oddała mi dziecko bez słowa,zadowolona. Popatrzyłam jej w oczy.
-Nie
jesteś prawdziwą matką tego dziecka. Prawdziwa matka dba o
bezpieczeństwo swojego dziecka lepiej,niż o swoje własne-oznajmiłam jej.
Skrzywiła
się i popatrzyła na Króla,który z kolei patrzył na mnie. Czułam jego
wzrok na sobie mimo,że stałam do niego tyłem. Podeszłam do zapłakanej
kobiety,pomogłam jej wstać i podałam chusteczkę. Wytarła łzy i schowała
ją do kieszeni. Patrzyła na mnie jak na cud. Podałam jej dziecko w
beciku z uśmiechem.
-Jesteś niezwykle mądra,Wasza Wysokość-powiedziała.
-Nie
jestem mądra. Potrafię zobaczyć kto mówi
prawdę-odpowiedziałam,popatrzyłam na nią-Twoja aura jest jasna i
czysta,co oznacza,że jesteś dobra i nie kłamiesz-dodałam.
Była zdumiona i szczęśliwa.
-Widzisz aurę człowieka?-zapytała.
-Mogę widzieć aurę każdego-odpowiedziałam szczerze,uśmiechając się ciepło.
Odwróciłam się do czarnowłosej,której aura była ciemna i dziwnie lepiąca. Nie była dobra,ani szczera.
-Skłamałaś przed swoim władcą-powiedziałam-Niech to się więcej nie powtórzy-nakazałam.
Cofnęłam się dwa kroki do tyłu.
-Możecie wrócić do swoich domów-stwierdziłam.
Obie dygnęły i odeszły. Odwróciłam się do Maxona.
-Nie gniewasz się na mnie już?-zapytał,podchodząc do mnie.
-Niby o co?-zrobiłam zgrabny unik.
-O
to,że zmusiłem Cię do poślubienia mnie-odpowiedział,spuszczając
wzrok-Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję-dodał ledwie słyszalnie.
Przyglądałam się jego aurze. Była jasna.
-Kocham Cię,Noro. Kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem,wiedziałem to-powiedział,patrząc mi głęboko w oczy.
-Udowodnij to-poprosiłam cicho.
Serce
mówiło,że mówi prawdę,ale rozum mimo dowodów nie chciał uwierzyć.
Przypominał mi,że już nieraz mnie okłamał i uderzył mnie.
-Jak?-zapytał.
Uśmiechnęłam się lekko. I tak miał już pomysł,ale chciał wiedzieć jak. Wzruszyłam ramionami.
-Przede wszystkim bądź ze mną szczery i nie traktuj mnie jak lalkę,ponieważ nie jestem niczyją zabawką-odpowiedziałam.
Zmarszczył brwi i lekko zagryzł wargę. Pierwszy raz był niepewny.
-Ktoś zaatakował jedną z naszych wiosek,wysłałem tam małą armie,ale nie wróciła-oznajmił cicho.
Zmartwiłam się tym. Kto to mógł być? Dlaczego zaatakował naszą wioskę? Dlaczego jego ludzie nie wrócili?
-Skoro Twoi ludzie jeszcze nie wrócili,pojadę z moją armią do tej wioski i zobaczę co się tam dzieje-stwierdziłam.
-Masz swoją armię? I nic mi o tym nie powiedziałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-Teraz wiesz jak to jest-odpowiedziałam.
-Z ilu ludzi składa się Twoja armia?-zapytał po chwili.
Zaśmiałam
się cicho i złapałam go za rękę. Pociągnęłam w kierunku balkonu. Szedł
za mną posłusznie. Otworzyłam drzwi balkonowe i stanęłam z nim przy
barierce. Wyciągnęłam mały,biały gwizdek i zagwizdałam. Przez chwilę nic
się nie działo,ale po dwóch minutach widać było jak coś biegnie przez
las. Po chwili około trzydziestu dwumetrowych potworów zatrzymała się na
dziedzińcu i uklękła. Maxon wziął drżący oddech na ich widok. Budzili
grozę. Dwumetrowe potwory były ulepione ze śniegu. Miały lodowe oczy i
zęby. Ostre szpony również z lodu. Nie do pokonania,ale dla swojej
stworzycielki były miłe i łagodne. Odnosiły się do mnie z szacunkiem.
-Witajcie-przywitałam ich-Zapewne nie mogliście się doczekać pierwszej misji-dodałam,kiedy powstały.
Skinęły z entuzjazmem głową. Zaśmiałam się cicho.
-Mam
dla połowy z Was zadanie. Pójdziecie ze mną do zaatakowanej
wioski-oznajmiłam-Reszta podzieli się na dwuosobowe grupy i wraz z
czarnowłosymi sprawdzi inne wioski. Jeśli zostały zaatakowane musicie mi
o tym natychmiast powiedzieć-dodałam.
Skinęli głowami i zaczęli
się przegrupowywać. Odwróciłam się do Maxona,który jakoś specjalnie nie
był zachwycony tym,że jadę do zaatakowanej wioski. Uśmiechnęłam się do
niego uspokajająco.
-Nie pojedziesz tam sama-oznajmił stanowczo.
-Nie będę sama-zaprzeczyłam.
-Weź ze sobą kilku moich ludzi. Będę spokojniejszy-poprosił.
Westchnęłam ciężko.
-Dobrze-zgodziłam się.
Przytulił
mnie do siebie z lekkim wahaniem. Byłam tym gestem trochę zdziwiona,ale
nie opierałam się. Chciał być miły i opiekuńczy,a przede wszystkich
chciał żebym została. Ale nic z tego,muszę tam jechać. Wyplątałam się z
jego objęć i delikatnie pocałowałam w usta. Po czym zeszłam na dół. Po
drodze zrobiłam sobie lodową koronę,srebrna nie trzymałaby się podczas
szybkiej jazdy konnej. Była taka sama jak moja srebrna korona,z tym
wyjątkiem,że powstała z lodu. Nie miałam na głowie hełmu,więc lodowa
korona powstała przy czubku głowy. Wyszłam na dziedziniec i wsiadłam na
białego,osiodłanego konia.
Po dwóch godzinach byliśmy na
miejscu. Z wioski niewiele zostało. Była ruiną. Ciała mieszkańców wioski
walały się wszędzie,a krew była dookoła. Poczułam smutek i żal. Jedyne
co mogłam zrobić to pochować ciała po królewsku. Spalić je. Zsiadłam z
konia i podałam uzdę pierwszemu czarnowłosemu jaki był najbliżej.
-Przynieście dużo drewna,musimy spalić ciała-powiedziałam.
Moje
potwory posłuchały. Połowa poszła po drewno,a druga połowa razem ze mną
zaczęła zbierać ciała i kłaść je w jedno miejsce. Małe
dzieci,kobiety,mężczyźni i starcy...
Kiedy już ułożyliśmy
ciała na drewnie,podpaliłam stos pochodnią i patrzyłam jak ogień
pochłania ciała i drewno. Było mi ciężko. Myślałam,że im pomożemy,a
tymczasem musimy patrzeć jak ogień pochłania martwe ciała.
Kiedy ogień zgasł,zrobiłam lodowy pomnik na cześć zmarłych i ruszyłam do
czarnowłosych. Wtedy ich zobaczyłam. Pięciu złotowłosych młodych
mężczyzn. Stali wśród drzew,więc nikt inny ich nie spostrzegł. Dwóch z
moich ludzi też ich zauważyło,ale nie ruszyło za nimi. Nie dostało
takiego rozkazu.
-Pięciu niech ich złapie. Mają być żywi-nakazałam.
Śnieżni
żołnierze posłuchali mojego rozkazu i pięciu ruszyło biegiem za
uciekającymi mężczyznami. Stanęłam koło mojego konia i czekałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz