piątek, 20 marca 2015

Rozdział Ósmy.

      Wczoraj odbył się mój drugi w życiu ślub. Tym razem z Maxonem,z Królem. Teraz był dla mnie milszy i szczerszy. Może to dla tego,że zamknęłam się w pokoju i zamroziłam drzwi razem ze ścianą. Może teraz mi ufał. Nie chciałam o tym wiedzieć. Siedziałam na podłodze i płakałam bezgłośnie,do momentu kiedy zabrakło mi łez i uspokoiłam się. Zostałam Królową,a moim mężem był przystojny Król. Powinnam się cieszyć,nieprawdaż? Tylko,że Król nie był taki za jakiego mieli go moi poddani. Moja osobista pokojówka dobijała się do drzwi i łagodnie mówiła,żebym otworzyła,bo muszę się ubrać. Jakbym sama tego nie potrafiła. Wiedziałam,że prośba ma drugie dno. Maxon jej kazał mnie ubrać. Zapewne sam wybrał suknie. Na mojej ścianie pojawiło się wczoraj kilka obrazów. Panna młoda bez twarzy,ubrana w piękną suknię z piór łabędzi i piękną koronę. Tak,to byłam ja. Nieszczęśliwa panna młoda. Obok niej stał idealnie skopiowany Maxon i uśmiechał się. Był w czarnym smokingu. Normalnie wyglądaliśmy jak dobro i zło,w pięknych wcieleniach. Pojawił się też martwy jastrząb. Wzięłam prysznic i ubrałam się w strój strażniczki. Nadal nią byłam. Strażniczką. Co z tego,że Królowej nie wypadało chodzić w zbroi. Nikt nie miał nade mną władzy. Przypięłam pas z mieczami w pochwach i odmroziłam ścianę wraz z drzwiami. Wyszłam na korytarz i ominęłam zdumioną,czarnowłosą pokojówkę. Wiedziałam,że przyjmował poddanych osądzających się nawzajem o coś  w sali tronowej. Weszłam tam spokojna. Odzyskałam równowagę duchową w sobie. Dwie kobiety oskarżały się nawzajem o ukradzenie noworodka. Maxon był zdziwiony i nie wydawał się widzieć rozwiązania. Noworodek spoczywał na rękach czarnowłosej kobiety ubranej w zieloną suknie. Brązowowłosa była przygnębiona. Wiedziałam jak rozpoznać prawdziwą matkę dziecka. To była banalna sprawa. Czarnowłosy miał na głowie srebrną koronę z białymi brylantami. Miała piękny wzór i zachwycała wszystkich. Ubrał się w czarne spodnie i niebieską bluzkę. Włosy miał w nieładzie,a wzrok smutny i pełen zdezorientowania. Podniósł na mnie wzrok ze swojego tronu. Uśmiechnął się do mnie z podejrzaną czułością i wyraźnie odetchnął z ulgą,kiedy mnie zobaczył. Kobiety też się odwróciły i nisko dygnęły.
-Dzień Dobry,Wasza Wysokość-powiedziały chórem.
-Dzień Dobry,miłe panie-odpowiedziałam.
Byłam poważna,pewna siebie,ale zarazem wesoła. Podeszłam do swojego tronu,ale nie siadłam na nim. Stanęłam metr przed nim i odwróciłam się. Uśmiechnęłam się do Maxona i spojrzałam na kobiety. Patrzyły na mnie z podziwem i zachwytem. Uważnie obserwowałam dwie kobiety.
-Znam rozwiązanie na Wasz spór,miłe panie-oznajmiłam.
-Jaki,Wasza Wysokość?-zapytała z szacunkiem czarnowłosa.
-Skoro obie kłócicie się o dziecko,możemy je przeciąć na pół i obie je będziecie miały-odpowiedziałam.
Brązowo włosa kobieta o zielonych oczach,ubrana w ciemnoniebieską suknie rozpłakała się i padła na kolana.
-Nie,błagam!! To ona jest jej prawdziwą matką!!-krzyknęła zrozpaczona.
-Może być-odpowiedziała w tym samym momencie czarnowłosa.
Wiedziałam już,że to brązowo włosa kobieta jest prawdziwą matką dziecka. Wiedziałam to,ponieważ każda prawdziwa matka chce,żeby jej dziecko było bezpieczne i szczęśliwe. Zeszłam z małych schodków prowadzących na mój i Maxona tronów. Podeszłam do czarnowłosej,wyciągając do niej ręce. Oddała mi dziecko bez słowa,zadowolona. Popatrzyłam jej w oczy.
-Nie jesteś prawdziwą matką tego dziecka. Prawdziwa matka dba o bezpieczeństwo swojego dziecka lepiej,niż o swoje własne-oznajmiłam jej.
Skrzywiła się i popatrzyła na Króla,który z kolei patrzył na mnie. Czułam jego wzrok na sobie mimo,że stałam do niego tyłem. Podeszłam do zapłakanej kobiety,pomogłam jej wstać i podałam chusteczkę. Wytarła łzy i schowała ją do kieszeni. Patrzyła na mnie jak na cud. Podałam jej dziecko w beciku z uśmiechem.
-Jesteś niezwykle mądra,Wasza Wysokość-powiedziała.
-Nie jestem mądra. Potrafię zobaczyć kto mówi prawdę-odpowiedziałam,popatrzyłam na nią-Twoja aura jest jasna i czysta,co oznacza,że jesteś dobra i nie kłamiesz-dodałam.
Była zdumiona i szczęśliwa.
-Widzisz aurę człowieka?-zapytała.
-Mogę widzieć aurę każdego-odpowiedziałam szczerze,uśmiechając się ciepło.
Odwróciłam się do czarnowłosej,której aura była ciemna i dziwnie lepiąca. Nie była dobra,ani szczera.
-Skłamałaś przed swoim władcą-powiedziałam-Niech to się więcej nie powtórzy-nakazałam.
Cofnęłam się dwa kroki do tyłu.
-Możecie wrócić do swoich domów-stwierdziłam.
Obie dygnęły i odeszły. Odwróciłam się do Maxona.
-Nie gniewasz się na mnie już?-zapytał,podchodząc do mnie.
-Niby o co?-zrobiłam zgrabny unik.
-O to,że zmusiłem Cię do poślubienia mnie-odpowiedział,spuszczając wzrok-Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję-dodał ledwie słyszalnie.
Przyglądałam się jego aurze. Była jasna.
-Kocham Cię,Noro. Kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem,wiedziałem to-powiedział,patrząc mi głęboko w oczy.
-Udowodnij to-poprosiłam cicho.
Serce mówiło,że mówi prawdę,ale rozum mimo dowodów nie chciał uwierzyć. Przypominał mi,że już nieraz mnie okłamał i uderzył mnie.
-Jak?-zapytał.
Uśmiechnęłam się lekko. I tak miał już pomysł,ale chciał wiedzieć jak. Wzruszyłam ramionami.
-Przede wszystkim bądź ze mną szczery i nie traktuj mnie jak lalkę,ponieważ nie jestem niczyją zabawką-odpowiedziałam.
Zmarszczył brwi i lekko zagryzł wargę. Pierwszy raz był niepewny.
-Ktoś zaatakował jedną z naszych wiosek,wysłałem tam małą armie,ale nie wróciła-oznajmił cicho.
Zmartwiłam się tym. Kto to mógł być? Dlaczego zaatakował naszą wioskę? Dlaczego jego ludzie nie wrócili?
-Skoro Twoi ludzie jeszcze nie wrócili,pojadę z moją armią do tej wioski i zobaczę co się tam dzieje-stwierdziłam.
-Masz swoją armię? I nic mi o tym nie powiedziałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-Teraz wiesz jak to jest-odpowiedziałam.
-Z ilu ludzi składa się Twoja armia?-zapytał po chwili.
Zaśmiałam się cicho i złapałam go za rękę. Pociągnęłam w kierunku balkonu. Szedł za mną posłusznie. Otworzyłam drzwi balkonowe i stanęłam z nim przy barierce. Wyciągnęłam mały,biały gwizdek i zagwizdałam. Przez chwilę nic się nie działo,ale po dwóch minutach widać było jak coś biegnie przez las. Po chwili około trzydziestu dwumetrowych potworów zatrzymała się na dziedzińcu i uklękła. Maxon wziął drżący oddech na ich widok. Budzili grozę. Dwumetrowe potwory były ulepione ze śniegu. Miały lodowe oczy i zęby. Ostre szpony również z lodu. Nie do pokonania,ale dla swojej stworzycielki były miłe i łagodne. Odnosiły się do mnie z szacunkiem.
-Witajcie-przywitałam ich-Zapewne nie mogliście się doczekać pierwszej misji-dodałam,kiedy powstały.
Skinęły z entuzjazmem głową. Zaśmiałam się cicho.
-Mam dla połowy z Was zadanie. Pójdziecie ze mną do zaatakowanej wioski-oznajmiłam-Reszta podzieli się na dwuosobowe grupy i wraz z czarnowłosymi sprawdzi inne wioski. Jeśli zostały zaatakowane musicie mi o tym natychmiast powiedzieć-dodałam.
Skinęli głowami i zaczęli się przegrupowywać. Odwróciłam się do Maxona,który jakoś specjalnie nie był zachwycony tym,że jadę do zaatakowanej wioski. Uśmiechnęłam się do niego uspokajająco.
-Nie pojedziesz tam sama-oznajmił stanowczo.
-Nie będę sama-zaprzeczyłam.
-Weź ze sobą kilku moich ludzi. Będę spokojniejszy-poprosił.
Westchnęłam ciężko.
-Dobrze-zgodziłam się.
Przytulił mnie do siebie z lekkim wahaniem. Byłam tym gestem trochę zdziwiona,ale nie opierałam się. Chciał być miły i opiekuńczy,a przede wszystkich chciał żebym została. Ale nic z tego,muszę tam jechać. Wyplątałam się z jego objęć i delikatnie pocałowałam w usta. Po czym zeszłam na dół. Po drodze zrobiłam sobie lodową koronę,srebrna nie trzymałaby się podczas szybkiej jazdy konnej. Była taka sama jak moja srebrna korona,z tym wyjątkiem,że powstała z lodu. Nie miałam na głowie hełmu,więc lodowa korona powstała przy czubku głowy. Wyszłam na dziedziniec i wsiadłam na białego,osiodłanego konia.
       Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Z wioski niewiele zostało. Była ruiną. Ciała mieszkańców wioski walały się wszędzie,a krew była dookoła. Poczułam smutek i żal. Jedyne co mogłam zrobić to pochować ciała po królewsku. Spalić je. Zsiadłam z konia i podałam uzdę pierwszemu czarnowłosemu jaki był najbliżej.
-Przynieście dużo drewna,musimy spalić ciała-powiedziałam.
Moje potwory posłuchały. Połowa poszła po drewno,a druga połowa razem ze mną zaczęła zbierać ciała i kłaść je w jedno miejsce. Małe dzieci,kobiety,mężczyźni i starcy...
    Kiedy już ułożyliśmy ciała na drewnie,podpaliłam stos pochodnią i patrzyłam jak ogień pochłania ciała i drewno. Było mi ciężko. Myślałam,że im pomożemy,a tymczasem musimy patrzeć jak ogień pochłania martwe ciała.
     Kiedy ogień zgasł,zrobiłam lodowy pomnik na cześć zmarłych i ruszyłam do czarnowłosych. Wtedy ich zobaczyłam. Pięciu złotowłosych młodych mężczyzn. Stali wśród drzew,więc nikt inny ich nie spostrzegł. Dwóch z moich ludzi też ich zauważyło,ale nie ruszyło za nimi. Nie dostało takiego rozkazu.
-Pięciu niech ich złapie. Mają być żywi-nakazałam.
Śnieżni żołnierze posłuchali mojego rozkazu i pięciu ruszyło biegiem za uciekającymi mężczyznami. Stanęłam koło mojego konia i czekałam.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz