wtorek, 24 marca 2015

Rozdział Dziesiąty.

Normalnie szlak mnie zaraz trafi! Dlaczego kazał swoim Zwiadowcom mnie śledzić? No dlaczego?! Mam ochotę coś rozwalić!
-Jeśli zobaczę jeszcze raz,któregoś z Was jak mnie śledzi to zabiję-ostrzegam ich i wychodzę.
     Weszłam do mojej osobistej sali treningowej. Sala była duża i jasno niebieska. Pomieszczenie nie miało okien,ani nie było niczym ozdobione. Pod jedną ścianą stały dwa długie stoły z nożami do rzucania,sztylety,różnej wielkości łuki i kusze oraz strzały. Po przeciwnej stronie stały sztalugi z drewnianym okręgiem do którego mogłam celować. Podłoga była wykonana z ciemnego drewna. Świecące ostrym światłem lampy,otaczały ochronne kraty. Byłam ubrana w swój strój treningowy. Białe getry i biała bluzka. Nie nosiłam butów w sali treningowej,podłoga była podgrzewana. Nie miałam cierpliwości do łuku ani rzucania nożami,więc stworzyłam,za pomocą mojej mocy,trochę wyższego ode mnie lodowego przeciwnika. Byłby człowiekiem,gdyby nie to,że posiadał lodowe ciało. Chwyciłam za dwa sztylety i bez ceregieli go zaatakowałam. Cholernie łatwo podrobiłam go na kawałeczki,co tylko jeszcze bardziej mnie wkurzyło. Stworzyłam dwa identyczne potwory tym razem dodałam im chęć mordu. Od razu się na mnie rzucili.
     Wyładowałam całą złość na stu lodowych potworach. Dyszałam ciężko i zmęczyłam się. Wokół mnie były kałuże wody. Oddech wrócił mi prawie do normy. Odłożyłam sztylety na swoje miejsce i odwróciłam się do drzwi. Zmarszczyłam brwi zaskoczona.
-Mówiłam Ci,żebyś mi się nie pokazywał na oczy-oznajmiłam mu.
Maxon opierał się o futrynę drzwi ze skrzyżowanymi rękami i obserwował mnie. Nie słyszałam jak otwierał drzwi. Uśmiechnął się lekko.
-No to co? Jestem Królem,wolno mi wszystko-odpowiedział.
-Nie wolno Ci wszystkiego i musisz się liczyć z moim zdaniem-powiedziałam.
Zaśmiał się cicho i ruszył w moją stronę.
-Król jest o jeden stopień wyżej od Królowej-oznajmił.
-Bo gdybyśmy to my rządziły nie byłoby wojen,przemocy i innych rzeczy-stwierdziłam.
-Nie byłbym tego taki pewien-powiedział,stając naprzeciwko mnie.
-Bo jesteś facetem-mruknęłam i wyminęłam go.
-A Ty dokąd?-zapytał,łapiąc mnie za ramię mocno.
Spojrzałam znacząco na jego rękę,ale mnie nie puścił.
-Idę zjeść kolację-odpowiedziałam spokojnie.
Zachowywał się jak egoista. Uśmiechnął się do siebie i zaczął mnie ciągnąć za sobą do drzwi. Irytował mnie swoim zachowaniem.
-Puszczaj-warknęłam.
Puścił moją rękę,ale objął mnie w talii i przyciągnął do siebie. Natychmiast się wyrwałam.
-Nie dotykaj mnie!-syknęłam.
Zacisnął mocno zęby i pchnął mnie na ścianę. Poleciałam na nią całym ciałem,bo nie spodziewałam się tego po nim. W dodatku potknęłam się o własne nogi,tak że uderzyłam w nią plecami i głową. Przez kilka sekund wszystko wirowało,a potem ustało. Ból minął. Maxon miał ręce po obu stronach mojej głowy i miał napięte wszystkie mięśnie ciała. Patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy,ale z jego postawy mogłam wyczytać,że jest zły. On i jego humorki.
-Będę robił co mi się żywnie spodoba,a Ty nie będziesz się wtrącać-powiedział wyraźnie akcentując każde słowo,niebezpiecznie niskim głosem.
-Pomarzyć każdy może-stwierdziłam spokojnie.
Jego oczy ściemniały. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę,a potem jego ręka szybko się przemieszczała w kierunku mojej twarzy,ale byłam szybsza. Złapałam go za nadgarstek i wbiłam paznokcie,zatrzymując rękę
przed moim policzkiem. Był zdumiony,więc wykorzystałam to. Błyskawicznie wyciągnęłam mały nuż do rzucania,popychając go na przeciwległą ścianę. Rzuciłam nożem i trafiłam go z trzy centymetry nad obojczykiem. Krzyknął bardziej z szoku,niż z bólu i zjechał po ścianie na podłogę.
-Nigdy więcej nie waż się podnieść na mnie ręki!-syknęłam.
Odwróciłam się i ruszyłam korytarzem.
       Po posiłku,wzięłam ciepły prysznic i ubrałam się w swoją piżamę składającą się z czarnej koszuli nocnej i czarnych getrów. Już miałam się walnąć do wyra,kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zmarszczyłam zdziwiona brwi. Zerknęłam na zegarek. 23:08. Kogo o takiej godzinie niesie pod moje drzwi? Wyciągnęłam z pod poduszki sztylet i podeszłam do drzwi. Przekręciłam klucz,otwierając zamek i nacisnęłam na klamkę. Uchyliłam lekko drzwi,ukrywając sztylet za nogą. Moim oczom ukazała się starsza,pomarszczona kobieta o karmelowych włosach i oczach. Ledwie stała na nogach,cała się trzęsła i mrugała szybko powiekami,by odgonić łzy. Była krucha i niska. Jej aura wskazywała na to,że się czegoś bała i coś ją bolało. Zamrugałam zdziwiona,otwierając drzwi szerzej. Tą kobietę rozpoznałabym wszędzie i zawsze. To była moja niania,Camille.
-Coś się stało?-zapytałam ją ciepło,robiąc miejsce.
Weszła do pokoju nadal milcząc. Zamknęłam za nią drzwi i odłożyłam sztylet na miejsce. Camille przez chwilę się wahała.
-Nie ma Clarissy-odpowiedziała cicho.
-Jak to jej nie ma?-zapytałam zszokowana.
-Nie ma jej w domu,ani w wiosce-odpowiedziała starsza kobieta ze zmęczeniem w głosie i bólem-W innych wioskach też jej nie widzieli. Po prostu jej nie ma-dodała.
Zmartwiło mnie to. Clarissa ma tylko pięć lat. Gdzie się mogła podziać? Co mogła komuś zrobić? Ona gdzieś tu musiała być. Na pewno. Potrząsnęłam głową,aby odgonić te myśli i podeszłam do komody na której leżała większość mojej broni. Przypięłam pas z mieczem i wzięłam długi sztylet. Odwróciłam się do Camille.
-Zrobię co w mojej mocy by ją znaleźć-oznajmiłam jej-Odpocznij i nie otwieraj nikomu drzwi,aż nie wrócę. Może dobijać się tu Maxon albo ktoś inny,ale nie otwieraj-nakazałam jej i wyszłam z pokoju.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz