Normalnie szlak mnie zaraz trafi! Dlaczego kazał swoim Zwiadowcom mnie śledzić? No dlaczego?! Mam ochotę coś rozwalić!
-Jeśli zobaczę jeszcze raz,któregoś z Was jak mnie śledzi to zabiję-ostrzegam ich i wychodzę.
Weszłam do mojej osobistej sali treningowej. Sala była duża i jasno niebieska. Pomieszczenie nie miało okien,ani nie było niczym ozdobione. Pod jedną ścianą stały dwa długie stoły z nożami do rzucania,sztylety,różnej wielkości łuki i kusze oraz strzały. Po przeciwnej stronie stały sztalugi z drewnianym okręgiem do którego mogłam celować. Podłoga była wykonana z ciemnego drewna. Świecące ostrym światłem lampy,otaczały ochronne kraty. Byłam ubrana w swój strój treningowy. Białe getry i biała bluzka. Nie nosiłam butów w sali treningowej,podłoga była podgrzewana. Nie miałam cierpliwości do łuku ani rzucania nożami,więc stworzyłam,za pomocą mojej mocy,trochę wyższego ode mnie lodowego przeciwnika. Byłby człowiekiem,gdyby nie to,że posiadał lodowe ciało. Chwyciłam za dwa sztylety i bez ceregieli go zaatakowałam. Cholernie łatwo podrobiłam go na kawałeczki,co tylko jeszcze bardziej mnie wkurzyło. Stworzyłam dwa identyczne potwory tym razem dodałam im chęć mordu. Od razu się na mnie rzucili.
Wyładowałam całą złość na stu lodowych potworach. Dyszałam ciężko i zmęczyłam się. Wokół mnie były kałuże wody. Oddech wrócił mi prawie do normy. Odłożyłam sztylety na swoje miejsce i odwróciłam się do drzwi. Zmarszczyłam brwi zaskoczona.
-Mówiłam Ci,żebyś mi się nie pokazywał na oczy-oznajmiłam mu.
Maxon opierał się o futrynę drzwi ze skrzyżowanymi rękami i obserwował mnie. Nie słyszałam jak otwierał drzwi. Uśmiechnął się lekko.
-No to co? Jestem Królem,wolno mi wszystko-odpowiedział.
-Nie wolno Ci wszystkiego i musisz się liczyć z moim zdaniem-powiedziałam.
Zaśmiał się cicho i ruszył w moją stronę.
-Król jest o jeden stopień wyżej od Królowej-oznajmił.
-Bo gdybyśmy to my rządziły nie byłoby wojen,przemocy i innych rzeczy-stwierdziłam.
-Nie byłbym tego taki pewien-powiedział,stając naprzeciwko mnie.
-Bo jesteś facetem-mruknęłam i wyminęłam go.
-A Ty dokąd?-zapytał,łapiąc mnie za ramię mocno.
Spojrzałam znacząco na jego rękę,ale mnie nie puścił.
-Idę zjeść kolację-odpowiedziałam spokojnie.
Zachowywał się jak egoista. Uśmiechnął się do siebie i zaczął mnie ciągnąć za sobą do drzwi. Irytował mnie swoim zachowaniem.
-Puszczaj-warknęłam.
Puścił moją rękę,ale objął mnie w talii i przyciągnął do siebie. Natychmiast się wyrwałam.
-Nie dotykaj mnie!-syknęłam.
Zacisnął mocno zęby i pchnął mnie na ścianę. Poleciałam na nią całym ciałem,bo nie spodziewałam się tego po nim. W dodatku potknęłam się o własne nogi,tak że uderzyłam w nią plecami i głową. Przez kilka sekund wszystko wirowało,a potem ustało. Ból minął. Maxon miał ręce po obu stronach mojej głowy i miał napięte wszystkie mięśnie ciała. Patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy,ale z jego postawy mogłam wyczytać,że jest zły. On i jego humorki.
-Będę robił co mi się żywnie spodoba,a Ty nie będziesz się wtrącać-powiedział wyraźnie akcentując każde słowo,niebezpiecznie niskim głosem.
-Pomarzyć każdy może-stwierdziłam spokojnie.
Jego oczy ściemniały. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę,a potem jego ręka szybko się przemieszczała w kierunku mojej twarzy,ale byłam szybsza. Złapałam go za nadgarstek i wbiłam paznokcie,zatrzymując rękę
przed moim policzkiem. Był zdumiony,więc wykorzystałam to. Błyskawicznie wyciągnęłam mały nuż do rzucania,popychając go na przeciwległą ścianę. Rzuciłam nożem i trafiłam go z trzy centymetry nad obojczykiem. Krzyknął bardziej z szoku,niż z bólu i zjechał po ścianie na podłogę.
-Nigdy więcej nie waż się podnieść na mnie ręki!-syknęłam.
Odwróciłam się i ruszyłam korytarzem.
Po posiłku,wzięłam ciepły prysznic i ubrałam się w swoją piżamę składającą się z czarnej koszuli nocnej i czarnych getrów. Już miałam się walnąć do wyra,kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zmarszczyłam zdziwiona brwi. Zerknęłam na zegarek. 23:08. Kogo o takiej godzinie niesie pod moje drzwi? Wyciągnęłam z pod poduszki sztylet i podeszłam do drzwi. Przekręciłam klucz,otwierając zamek i nacisnęłam na klamkę. Uchyliłam lekko drzwi,ukrywając sztylet za nogą. Moim oczom ukazała się starsza,pomarszczona kobieta o karmelowych włosach i oczach. Ledwie stała na nogach,cała się trzęsła i mrugała szybko powiekami,by odgonić łzy. Była krucha i niska. Jej aura wskazywała na to,że się czegoś bała i coś ją bolało. Zamrugałam zdziwiona,otwierając drzwi szerzej. Tą kobietę rozpoznałabym wszędzie i zawsze. To była moja niania,Camille.
-Coś się stało?-zapytałam ją ciepło,robiąc miejsce.
Weszła do pokoju nadal milcząc. Zamknęłam za nią drzwi i odłożyłam sztylet na miejsce. Camille przez chwilę się wahała.
-Nie ma Clarissy-odpowiedziała cicho.
-Jak to jej nie ma?-zapytałam zszokowana.
-Nie ma jej w domu,ani w wiosce-odpowiedziała starsza kobieta ze zmęczeniem w głosie i bólem-W innych wioskach też jej nie widzieli. Po prostu jej nie ma-dodała.
Zmartwiło mnie to. Clarissa ma tylko pięć lat. Gdzie się mogła podziać? Co mogła komuś zrobić? Ona gdzieś tu musiała być. Na pewno. Potrząsnęłam głową,aby odgonić te myśli i podeszłam do komody na której leżała większość mojej broni. Przypięłam pas z mieczem i wzięłam długi sztylet. Odwróciłam się do Camille.
-Zrobię co w mojej mocy by ją znaleźć-oznajmiłam jej-Odpocznij i nie otwieraj nikomu drzwi,aż nie wrócę. Może dobijać się tu Maxon albo ktoś inny,ale nie otwieraj-nakazałam jej i wyszłam z pokoju.
wtorek, 24 marca 2015
piątek, 20 marca 2015
Rozdział Dziewiąty.
Oczyściłam umysł i patrzyłam na las.
Wciągnęłam głośno powietrze. Rozejrzałam się. Ciemne ściany,biurko,wielkie łóżko z baldachimem. Komoda,szafka nocna i troje drzwi. Wszystkie czarne. Zgadywałam,że jedne prowadzą do łazienki,drugie do garderoby,a trzecie na korytarz. Pokój był zimny i dziwnie wrogi. Dopiero teraz zobaczyłam,że ktoś siedzi przy biurku. Blondyn pochylał się i chyba coś pisał,ale nie byłam pewna. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł przez nie Maxon,w czarnej koszuli,czarnych spodniach i czarnych butach. Nie miał złotych oczu...tylko kakaowe. Co to miało znaczyć? Nosił soczewki rozjaśniające?
-Jestem,mój panie-oznajmił Maxon,kłaniając się z szacunkiem.
A to co miało znaczyć? Blondyn odwrócił się w jego stronę,razem z fotelem obrotowym. Jakbym mogła stać to bym właśnie upadła albo zemdlała. Blondyn miał złote oczy,wydatne kości policzkowe,idealnie pełne usta. Był wyższy od Maxona i lepiej zbudowany. Miał wąskie biodra,szerokie barki i długie palce. Był lekko opalony i do tego był cholernie przystojny.
-Mówiłem Ci,żebyś mi mówił po imieniu-skarcił go blondyn.
-Jak sobie życzysz...-zaczął czarnowłosy-Maxonie-dodał,widząc spojrzenie blondyna.
Teraz bym zemdlała jakbym była normalną księżniczką.
-Kajetanie,wezwałem Cię ponieważ jesteś mi potrzebny,a właściwie tylko Twoje ciało-oznajmił blondyn.
-Chcesz zostać Królem w Krainie Lodu?-zapytał czarnowłosy,który okazał się być Kajetanem i Królem na mojej ziemi.
-Nie tylko zostać Królem. Chcę mieć Norę na własność-odpowiedział Maxon.
O co tu,do cholery ciężkiej,chodzi?!
-Księżniczka Nora jest typem buntowniczki-powiedział Kajetan.
Maxon usiadł wygodniej na obrotowym fotelu i uśmiechnął się.
-Każdą buntowniczkę da się ujarzmić. Wystarczy ją odpowiednio traktować-odpowiedział.
-Co zamierzasz?-zapytał czarnowłosy.
-Opętam Twoje ciało,a następnie wymuszę na Elsie i Piotrowi oddanie mi władzy-odpowiedział Maxon bez chwili wahania.
Znowu patrzyłam na las. Wizja się skończyła,a ja czułam gniew. Oczywiście,że byłam buntowniczką,ale Maxon zdusił to we mnie swoim zachowaniem. Nie jestem rzeczą,ani nikogo własnością. Wszystkie kawałeczki układanki wpasowały się w swoje miejsce i nagle wszystko zrozumiałam. Maxon opętał Kajetana i zrobił dokładnie to co mu powiedział. Zmusił moich rodziców do oddania mu władzy i mógł mnie szantażować moim ludem i losem mojej rodziny. W dodatku upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Został Królem,a ja Królową,w dodatku musiałam się z nim pobrać. Z logicznego punktu widzenia jestem jego,a on jest mój. Ale tylko z logicznego punktu widzenia. W nim nie ma nic logicznego,a w dodatku mnie okłamał. Po raz drugi. Byłam z siebie zadowolona,że zamknęłam się w swoim pokoju. Dzisiaj wyznał mi miłość,ale ktoś taki jak on,nie jest do niej zdolny. Dostanie za swoje we własnej postaci.
-Czas na plan be-oznajmiłam swoim wojownikom.
Wiedzieli o co chodzi. Spotkałam się z nimi trochę wcześniej,by wszystko omówić. Przewidziałam komplikację i ustaliłam plany awaryjne. Wzięłam głęboki oddech i wsiadłam z gracją na siodło. Odwróciłam się do otoczonych czarnowłosych mężczyzn. Nie wygraliby z moimi wojownikami. Zmierzyłam ich wzrokiem,aż się skulili.
-Wiecie,gdzie jest Maxon?-zapytałam prosto z mostu.
Zrobili krok do tyłu,przełykając nerwowo ślinę. Wiedzieli od początku.
-W Twoim zamku,Wasza Wysokość-odpowiedział czarnowłosy chłopak.
-A jego ciało?-zapytałam,wbijając wzrok w niego.
-Również,Wasza Wysokość-odpowiedział.
Uśmiechnęłam się ironicznie. No tak,na to bym nie wpadła. Mieć ciało pod nosem nieprzewidywalnej kobiety,która się wścieknie jak tylko się dowie o wszystkim. Ja bym tak nie zrobiła. Zawróciłam konia.
-No to wracamy do zamku-oznajmiłam.
Otworzyłam drzwi z takim impetem,że o mało nie wyleciały z zawiasów. Weszłam do pokoju Maxona,a właściwie do wielkiego pokoju należącego do nas obojga,ale ja z niego nie korzystam. Nigdy tu nie weszłam. Przeszłam przez mały salon z dwoma kanapami i dwoma fotelami oraz stołem. Pchnęłam brązowe drzwi tak samo mocno,jak wcześniejsze. Moim oczom ukazała się duża sypialnia. Dominowało łoże z baldachimem w kolorze niebieskim. Ściany były granatowe,a podłogę pokrywał niebieski dywan. Drzwi do łazienki były białe,a do garderoby szare. Koło łóżka stały dwie szafki nocne,naprzeciwko łóżka był wbudowany w ścianę kominek. Po bokach miał dwa wysokie regały z książkami. Drzwi od łazienki otworzyły się i stanął w nich blondyn o złotych oczach. Na mój widok się uśmiechnął.
-Kiedy zamierzałeś się przyznać?-zapytałam,patrząc na niego nieufnie i wrogo.
-Dzisiaj przy kolacji-odpowiedział.
-Okłamałeś mnie-oznajmiłam.
-Nie powiedziałem Ci,ale Cię nie okłamałem-odpowiedział.
Zaśmiałam się cicho.
-Dziś rano powiedziałeś,że mnie kochasz i skłamałeś-oznajmiłam mu.
Zrobił kilka kroków w moją stronę.
-Taka jest prawda,kocham Cię-odpowiedział.
-Nie jesteś zdolny do takich emocji-stwierdziłam.
-Skąd możesz wiedzieć do czego jestem zdolny?-zapytał,mrużąc oczy.
-Po prostu to wiem i widzę-odpowiedziałam.
Otwierał już usta,ale przeszkodziło mu pukanie do drzwi salonu. Zaskoczony zmarszczył brwi. Odwróciłam się i ruszyłam do drzwi. Przystanęłam jeszcze na progu.
-Nie chcę Cię widzieć. Ani Ciebie,ani Kajetana-warknęłam,po czym opuściłam pokój.
Czekał na mnie jeden z mniejszych wojowników. Był zrobiony ze śniegu i lodu. Ukłonił mi się.
-Złapali dwóch z pięciu mężczyzn-oznajmił cicho.
Uśmiechnęłam się,zaciekawiona.
-Gdzie są?-zapytałam.
-Czekają w sali tronowej-odpowiedział.
Skinęłam głową i ruszyłam do sali tronowej. Kiedy tam tylko weszłam,sześciu moim wojowników ukłoniło się.
-Możecie odejść-oznajmiłam im,stając przed dwoma młodymi mężczyznami,którzy mieli związane ręce i klęczeli.
Uważnie mnie zlustrowali wzrokiem.
-Kim jesteście?-zapytałam ich.
Oboje milczeli.patrząc na mnie gniewnie.
-Ostrzegam Was,nie jestem w dobrym nastroju i chętnie kogoś po torturuje-oznajmiłam im.
Oboje dostali gęsiej skórki.
-Jesteśmy Zwiadowcami-odpowiedział piwnooki.
-Dla kogo pracujecie?
-Dla Króla Maxona-odpowiedział niebieskooki.
Wciągnęłam głośno powietrze. Rozejrzałam się. Ciemne ściany,biurko,wielkie łóżko z baldachimem. Komoda,szafka nocna i troje drzwi. Wszystkie czarne. Zgadywałam,że jedne prowadzą do łazienki,drugie do garderoby,a trzecie na korytarz. Pokój był zimny i dziwnie wrogi. Dopiero teraz zobaczyłam,że ktoś siedzi przy biurku. Blondyn pochylał się i chyba coś pisał,ale nie byłam pewna. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł przez nie Maxon,w czarnej koszuli,czarnych spodniach i czarnych butach. Nie miał złotych oczu...tylko kakaowe. Co to miało znaczyć? Nosił soczewki rozjaśniające?
-Jestem,mój panie-oznajmił Maxon,kłaniając się z szacunkiem.
A to co miało znaczyć? Blondyn odwrócił się w jego stronę,razem z fotelem obrotowym. Jakbym mogła stać to bym właśnie upadła albo zemdlała. Blondyn miał złote oczy,wydatne kości policzkowe,idealnie pełne usta. Był wyższy od Maxona i lepiej zbudowany. Miał wąskie biodra,szerokie barki i długie palce. Był lekko opalony i do tego był cholernie przystojny.
-Mówiłem Ci,żebyś mi mówił po imieniu-skarcił go blondyn.
-Jak sobie życzysz...-zaczął czarnowłosy-Maxonie-dodał,widząc spojrzenie blondyna.
Teraz bym zemdlała jakbym była normalną księżniczką.
-Kajetanie,wezwałem Cię ponieważ jesteś mi potrzebny,a właściwie tylko Twoje ciało-oznajmił blondyn.
-Chcesz zostać Królem w Krainie Lodu?-zapytał czarnowłosy,który okazał się być Kajetanem i Królem na mojej ziemi.
-Nie tylko zostać Królem. Chcę mieć Norę na własność-odpowiedział Maxon.
O co tu,do cholery ciężkiej,chodzi?!
-Księżniczka Nora jest typem buntowniczki-powiedział Kajetan.
Maxon usiadł wygodniej na obrotowym fotelu i uśmiechnął się.
-Każdą buntowniczkę da się ujarzmić. Wystarczy ją odpowiednio traktować-odpowiedział.
-Co zamierzasz?-zapytał czarnowłosy.
-Opętam Twoje ciało,a następnie wymuszę na Elsie i Piotrowi oddanie mi władzy-odpowiedział Maxon bez chwili wahania.
Znowu patrzyłam na las. Wizja się skończyła,a ja czułam gniew. Oczywiście,że byłam buntowniczką,ale Maxon zdusił to we mnie swoim zachowaniem. Nie jestem rzeczą,ani nikogo własnością. Wszystkie kawałeczki układanki wpasowały się w swoje miejsce i nagle wszystko zrozumiałam. Maxon opętał Kajetana i zrobił dokładnie to co mu powiedział. Zmusił moich rodziców do oddania mu władzy i mógł mnie szantażować moim ludem i losem mojej rodziny. W dodatku upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Został Królem,a ja Królową,w dodatku musiałam się z nim pobrać. Z logicznego punktu widzenia jestem jego,a on jest mój. Ale tylko z logicznego punktu widzenia. W nim nie ma nic logicznego,a w dodatku mnie okłamał. Po raz drugi. Byłam z siebie zadowolona,że zamknęłam się w swoim pokoju. Dzisiaj wyznał mi miłość,ale ktoś taki jak on,nie jest do niej zdolny. Dostanie za swoje we własnej postaci.
-Czas na plan be-oznajmiłam swoim wojownikom.
Wiedzieli o co chodzi. Spotkałam się z nimi trochę wcześniej,by wszystko omówić. Przewidziałam komplikację i ustaliłam plany awaryjne. Wzięłam głęboki oddech i wsiadłam z gracją na siodło. Odwróciłam się do otoczonych czarnowłosych mężczyzn. Nie wygraliby z moimi wojownikami. Zmierzyłam ich wzrokiem,aż się skulili.
-Wiecie,gdzie jest Maxon?-zapytałam prosto z mostu.
Zrobili krok do tyłu,przełykając nerwowo ślinę. Wiedzieli od początku.
-W Twoim zamku,Wasza Wysokość-odpowiedział czarnowłosy chłopak.
-A jego ciało?-zapytałam,wbijając wzrok w niego.
-Również,Wasza Wysokość-odpowiedział.
Uśmiechnęłam się ironicznie. No tak,na to bym nie wpadła. Mieć ciało pod nosem nieprzewidywalnej kobiety,która się wścieknie jak tylko się dowie o wszystkim. Ja bym tak nie zrobiła. Zawróciłam konia.
-No to wracamy do zamku-oznajmiłam.
Otworzyłam drzwi z takim impetem,że o mało nie wyleciały z zawiasów. Weszłam do pokoju Maxona,a właściwie do wielkiego pokoju należącego do nas obojga,ale ja z niego nie korzystam. Nigdy tu nie weszłam. Przeszłam przez mały salon z dwoma kanapami i dwoma fotelami oraz stołem. Pchnęłam brązowe drzwi tak samo mocno,jak wcześniejsze. Moim oczom ukazała się duża sypialnia. Dominowało łoże z baldachimem w kolorze niebieskim. Ściany były granatowe,a podłogę pokrywał niebieski dywan. Drzwi do łazienki były białe,a do garderoby szare. Koło łóżka stały dwie szafki nocne,naprzeciwko łóżka był wbudowany w ścianę kominek. Po bokach miał dwa wysokie regały z książkami. Drzwi od łazienki otworzyły się i stanął w nich blondyn o złotych oczach. Na mój widok się uśmiechnął.
-Kiedy zamierzałeś się przyznać?-zapytałam,patrząc na niego nieufnie i wrogo.
-Dzisiaj przy kolacji-odpowiedział.
-Okłamałeś mnie-oznajmiłam.
-Nie powiedziałem Ci,ale Cię nie okłamałem-odpowiedział.
Zaśmiałam się cicho.
-Dziś rano powiedziałeś,że mnie kochasz i skłamałeś-oznajmiłam mu.
Zrobił kilka kroków w moją stronę.
-Taka jest prawda,kocham Cię-odpowiedział.
-Nie jesteś zdolny do takich emocji-stwierdziłam.
-Skąd możesz wiedzieć do czego jestem zdolny?-zapytał,mrużąc oczy.
-Po prostu to wiem i widzę-odpowiedziałam.
Otwierał już usta,ale przeszkodziło mu pukanie do drzwi salonu. Zaskoczony zmarszczył brwi. Odwróciłam się i ruszyłam do drzwi. Przystanęłam jeszcze na progu.
-Nie chcę Cię widzieć. Ani Ciebie,ani Kajetana-warknęłam,po czym opuściłam pokój.
Czekał na mnie jeden z mniejszych wojowników. Był zrobiony ze śniegu i lodu. Ukłonił mi się.
-Złapali dwóch z pięciu mężczyzn-oznajmił cicho.
Uśmiechnęłam się,zaciekawiona.
-Gdzie są?-zapytałam.
-Czekają w sali tronowej-odpowiedział.
Skinęłam głową i ruszyłam do sali tronowej. Kiedy tam tylko weszłam,sześciu moim wojowników ukłoniło się.
-Możecie odejść-oznajmiłam im,stając przed dwoma młodymi mężczyznami,którzy mieli związane ręce i klęczeli.
Uważnie mnie zlustrowali wzrokiem.
-Kim jesteście?-zapytałam ich.
Oboje milczeli.patrząc na mnie gniewnie.
-Ostrzegam Was,nie jestem w dobrym nastroju i chętnie kogoś po torturuje-oznajmiłam im.
Oboje dostali gęsiej skórki.
-Jesteśmy Zwiadowcami-odpowiedział piwnooki.
-Dla kogo pracujecie?
-Dla Króla Maxona-odpowiedział niebieskooki.
Rozdział Ósmy.
Wczoraj odbył się mój drugi w życiu ślub. Tym razem z Maxonem,z
Królem. Teraz był dla mnie milszy i szczerszy. Może to dla tego,że
zamknęłam się w pokoju i zamroziłam drzwi razem ze ścianą. Może teraz mi
ufał. Nie chciałam o tym wiedzieć. Siedziałam na podłodze i płakałam
bezgłośnie,do momentu kiedy zabrakło mi łez i uspokoiłam się. Zostałam
Królową,a moim mężem był przystojny Król. Powinnam się
cieszyć,nieprawdaż? Tylko,że Król nie był taki za jakiego mieli go moi
poddani. Moja osobista pokojówka dobijała się do drzwi i łagodnie
mówiła,żebym otworzyła,bo muszę się ubrać. Jakbym sama tego nie
potrafiła. Wiedziałam,że prośba ma drugie dno. Maxon jej kazał mnie
ubrać. Zapewne sam wybrał suknie. Na mojej ścianie pojawiło się wczoraj
kilka obrazów. Panna młoda bez twarzy,ubrana w piękną suknię z piór
łabędzi i piękną koronę. Tak,to byłam ja. Nieszczęśliwa panna młoda.
Obok niej stał idealnie skopiowany Maxon i uśmiechał się. Był w czarnym
smokingu. Normalnie wyglądaliśmy jak dobro i zło,w pięknych wcieleniach.
Pojawił się też martwy jastrząb. Wzięłam prysznic i ubrałam się w strój
strażniczki. Nadal nią byłam. Strażniczką. Co z tego,że Królowej nie
wypadało chodzić w zbroi. Nikt nie miał nade mną władzy. Przypięłam pas z
mieczami w pochwach i odmroziłam ścianę wraz z drzwiami. Wyszłam na
korytarz i ominęłam zdumioną,czarnowłosą pokojówkę. Wiedziałam,że
przyjmował poddanych osądzających się nawzajem o coś w sali tronowej.
Weszłam tam spokojna. Odzyskałam równowagę duchową w sobie. Dwie kobiety
oskarżały się nawzajem o ukradzenie noworodka. Maxon był zdziwiony i
nie wydawał się widzieć rozwiązania. Noworodek spoczywał na rękach
czarnowłosej kobiety ubranej w zieloną suknie. Brązowowłosa była
przygnębiona. Wiedziałam jak rozpoznać prawdziwą matkę dziecka. To była
banalna sprawa. Czarnowłosy miał na głowie srebrną koronę z białymi
brylantami. Miała piękny wzór i zachwycała wszystkich. Ubrał się w
czarne spodnie i niebieską bluzkę. Włosy miał w nieładzie,a wzrok smutny
i pełen zdezorientowania. Podniósł na mnie wzrok ze swojego tronu.
Uśmiechnął się do mnie z podejrzaną czułością i wyraźnie odetchnął z
ulgą,kiedy mnie zobaczył. Kobiety też się odwróciły i nisko dygnęły.
-Dzień Dobry,Wasza Wysokość-powiedziały chórem.
-Dzień Dobry,miłe panie-odpowiedziałam.
Byłam poważna,pewna siebie,ale zarazem wesoła. Podeszłam do swojego tronu,ale nie siadłam na nim. Stanęłam metr przed nim i odwróciłam się. Uśmiechnęłam się do Maxona i spojrzałam na kobiety. Patrzyły na mnie z podziwem i zachwytem. Uważnie obserwowałam dwie kobiety.
-Znam rozwiązanie na Wasz spór,miłe panie-oznajmiłam.
-Jaki,Wasza Wysokość?-zapytała z szacunkiem czarnowłosa.
-Skoro obie kłócicie się o dziecko,możemy je przeciąć na pół i obie je będziecie miały-odpowiedziałam.
Brązowo włosa kobieta o zielonych oczach,ubrana w ciemnoniebieską suknie rozpłakała się i padła na kolana.
-Nie,błagam!! To ona jest jej prawdziwą matką!!-krzyknęła zrozpaczona.
-Może być-odpowiedziała w tym samym momencie czarnowłosa.
Wiedziałam już,że to brązowo włosa kobieta jest prawdziwą matką dziecka. Wiedziałam to,ponieważ każda prawdziwa matka chce,żeby jej dziecko było bezpieczne i szczęśliwe. Zeszłam z małych schodków prowadzących na mój i Maxona tronów. Podeszłam do czarnowłosej,wyciągając do niej ręce. Oddała mi dziecko bez słowa,zadowolona. Popatrzyłam jej w oczy.
-Nie jesteś prawdziwą matką tego dziecka. Prawdziwa matka dba o bezpieczeństwo swojego dziecka lepiej,niż o swoje własne-oznajmiłam jej.
Skrzywiła się i popatrzyła na Króla,który z kolei patrzył na mnie. Czułam jego wzrok na sobie mimo,że stałam do niego tyłem. Podeszłam do zapłakanej kobiety,pomogłam jej wstać i podałam chusteczkę. Wytarła łzy i schowała ją do kieszeni. Patrzyła na mnie jak na cud. Podałam jej dziecko w beciku z uśmiechem.
-Jesteś niezwykle mądra,Wasza Wysokość-powiedziała.
-Nie jestem mądra. Potrafię zobaczyć kto mówi prawdę-odpowiedziałam,popatrzyłam na nią-Twoja aura jest jasna i czysta,co oznacza,że jesteś dobra i nie kłamiesz-dodałam.
Była zdumiona i szczęśliwa.
-Widzisz aurę człowieka?-zapytała.
-Mogę widzieć aurę każdego-odpowiedziałam szczerze,uśmiechając się ciepło.
Odwróciłam się do czarnowłosej,której aura była ciemna i dziwnie lepiąca. Nie była dobra,ani szczera.
-Skłamałaś przed swoim władcą-powiedziałam-Niech to się więcej nie powtórzy-nakazałam.
Cofnęłam się dwa kroki do tyłu.
-Możecie wrócić do swoich domów-stwierdziłam.
Obie dygnęły i odeszły. Odwróciłam się do Maxona.
-Nie gniewasz się na mnie już?-zapytał,podchodząc do mnie.
-Niby o co?-zrobiłam zgrabny unik.
-O to,że zmusiłem Cię do poślubienia mnie-odpowiedział,spuszczając wzrok-Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję-dodał ledwie słyszalnie.
Przyglądałam się jego aurze. Była jasna.
-Kocham Cię,Noro. Kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem,wiedziałem to-powiedział,patrząc mi głęboko w oczy.
-Udowodnij to-poprosiłam cicho.
Serce mówiło,że mówi prawdę,ale rozum mimo dowodów nie chciał uwierzyć. Przypominał mi,że już nieraz mnie okłamał i uderzył mnie.
-Jak?-zapytał.
Uśmiechnęłam się lekko. I tak miał już pomysł,ale chciał wiedzieć jak. Wzruszyłam ramionami.
-Przede wszystkim bądź ze mną szczery i nie traktuj mnie jak lalkę,ponieważ nie jestem niczyją zabawką-odpowiedziałam.
Zmarszczył brwi i lekko zagryzł wargę. Pierwszy raz był niepewny.
-Ktoś zaatakował jedną z naszych wiosek,wysłałem tam małą armie,ale nie wróciła-oznajmił cicho.
Zmartwiłam się tym. Kto to mógł być? Dlaczego zaatakował naszą wioskę? Dlaczego jego ludzie nie wrócili?
-Skoro Twoi ludzie jeszcze nie wrócili,pojadę z moją armią do tej wioski i zobaczę co się tam dzieje-stwierdziłam.
-Masz swoją armię? I nic mi o tym nie powiedziałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-Teraz wiesz jak to jest-odpowiedziałam.
-Z ilu ludzi składa się Twoja armia?-zapytał po chwili.
Zaśmiałam się cicho i złapałam go za rękę. Pociągnęłam w kierunku balkonu. Szedł za mną posłusznie. Otworzyłam drzwi balkonowe i stanęłam z nim przy barierce. Wyciągnęłam mały,biały gwizdek i zagwizdałam. Przez chwilę nic się nie działo,ale po dwóch minutach widać było jak coś biegnie przez las. Po chwili około trzydziestu dwumetrowych potworów zatrzymała się na dziedzińcu i uklękła. Maxon wziął drżący oddech na ich widok. Budzili grozę. Dwumetrowe potwory były ulepione ze śniegu. Miały lodowe oczy i zęby. Ostre szpony również z lodu. Nie do pokonania,ale dla swojej stworzycielki były miłe i łagodne. Odnosiły się do mnie z szacunkiem.
-Witajcie-przywitałam ich-Zapewne nie mogliście się doczekać pierwszej misji-dodałam,kiedy powstały.
Skinęły z entuzjazmem głową. Zaśmiałam się cicho.
-Mam dla połowy z Was zadanie. Pójdziecie ze mną do zaatakowanej wioski-oznajmiłam-Reszta podzieli się na dwuosobowe grupy i wraz z czarnowłosymi sprawdzi inne wioski. Jeśli zostały zaatakowane musicie mi o tym natychmiast powiedzieć-dodałam.
Skinęli głowami i zaczęli się przegrupowywać. Odwróciłam się do Maxona,który jakoś specjalnie nie był zachwycony tym,że jadę do zaatakowanej wioski. Uśmiechnęłam się do niego uspokajająco.
-Nie pojedziesz tam sama-oznajmił stanowczo.
-Nie będę sama-zaprzeczyłam.
-Weź ze sobą kilku moich ludzi. Będę spokojniejszy-poprosił.
Westchnęłam ciężko.
-Dobrze-zgodziłam się.
Przytulił mnie do siebie z lekkim wahaniem. Byłam tym gestem trochę zdziwiona,ale nie opierałam się. Chciał być miły i opiekuńczy,a przede wszystkich chciał żebym została. Ale nic z tego,muszę tam jechać. Wyplątałam się z jego objęć i delikatnie pocałowałam w usta. Po czym zeszłam na dół. Po drodze zrobiłam sobie lodową koronę,srebrna nie trzymałaby się podczas szybkiej jazdy konnej. Była taka sama jak moja srebrna korona,z tym wyjątkiem,że powstała z lodu. Nie miałam na głowie hełmu,więc lodowa korona powstała przy czubku głowy. Wyszłam na dziedziniec i wsiadłam na białego,osiodłanego konia.
Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Z wioski niewiele zostało. Była ruiną. Ciała mieszkańców wioski walały się wszędzie,a krew była dookoła. Poczułam smutek i żal. Jedyne co mogłam zrobić to pochować ciała po królewsku. Spalić je. Zsiadłam z konia i podałam uzdę pierwszemu czarnowłosemu jaki był najbliżej.
-Przynieście dużo drewna,musimy spalić ciała-powiedziałam.
Moje potwory posłuchały. Połowa poszła po drewno,a druga połowa razem ze mną zaczęła zbierać ciała i kłaść je w jedno miejsce. Małe dzieci,kobiety,mężczyźni i starcy...
Kiedy już ułożyliśmy ciała na drewnie,podpaliłam stos pochodnią i patrzyłam jak ogień pochłania ciała i drewno. Było mi ciężko. Myślałam,że im pomożemy,a tymczasem musimy patrzeć jak ogień pochłania martwe ciała.
Kiedy ogień zgasł,zrobiłam lodowy pomnik na cześć zmarłych i ruszyłam do czarnowłosych. Wtedy ich zobaczyłam. Pięciu złotowłosych młodych mężczyzn. Stali wśród drzew,więc nikt inny ich nie spostrzegł. Dwóch z moich ludzi też ich zauważyło,ale nie ruszyło za nimi. Nie dostało takiego rozkazu.
-Pięciu niech ich złapie. Mają być żywi-nakazałam.
Śnieżni żołnierze posłuchali mojego rozkazu i pięciu ruszyło biegiem za uciekającymi mężczyznami. Stanęłam koło mojego konia i czekałam.
-Dzień Dobry,Wasza Wysokość-powiedziały chórem.
-Dzień Dobry,miłe panie-odpowiedziałam.
Byłam poważna,pewna siebie,ale zarazem wesoła. Podeszłam do swojego tronu,ale nie siadłam na nim. Stanęłam metr przed nim i odwróciłam się. Uśmiechnęłam się do Maxona i spojrzałam na kobiety. Patrzyły na mnie z podziwem i zachwytem. Uważnie obserwowałam dwie kobiety.
-Znam rozwiązanie na Wasz spór,miłe panie-oznajmiłam.
-Jaki,Wasza Wysokość?-zapytała z szacunkiem czarnowłosa.
-Skoro obie kłócicie się o dziecko,możemy je przeciąć na pół i obie je będziecie miały-odpowiedziałam.
Brązowo włosa kobieta o zielonych oczach,ubrana w ciemnoniebieską suknie rozpłakała się i padła na kolana.
-Nie,błagam!! To ona jest jej prawdziwą matką!!-krzyknęła zrozpaczona.
-Może być-odpowiedziała w tym samym momencie czarnowłosa.
Wiedziałam już,że to brązowo włosa kobieta jest prawdziwą matką dziecka. Wiedziałam to,ponieważ każda prawdziwa matka chce,żeby jej dziecko było bezpieczne i szczęśliwe. Zeszłam z małych schodków prowadzących na mój i Maxona tronów. Podeszłam do czarnowłosej,wyciągając do niej ręce. Oddała mi dziecko bez słowa,zadowolona. Popatrzyłam jej w oczy.
-Nie jesteś prawdziwą matką tego dziecka. Prawdziwa matka dba o bezpieczeństwo swojego dziecka lepiej,niż o swoje własne-oznajmiłam jej.
Skrzywiła się i popatrzyła na Króla,który z kolei patrzył na mnie. Czułam jego wzrok na sobie mimo,że stałam do niego tyłem. Podeszłam do zapłakanej kobiety,pomogłam jej wstać i podałam chusteczkę. Wytarła łzy i schowała ją do kieszeni. Patrzyła na mnie jak na cud. Podałam jej dziecko w beciku z uśmiechem.
-Jesteś niezwykle mądra,Wasza Wysokość-powiedziała.
-Nie jestem mądra. Potrafię zobaczyć kto mówi prawdę-odpowiedziałam,popatrzyłam na nią-Twoja aura jest jasna i czysta,co oznacza,że jesteś dobra i nie kłamiesz-dodałam.
Była zdumiona i szczęśliwa.
-Widzisz aurę człowieka?-zapytała.
-Mogę widzieć aurę każdego-odpowiedziałam szczerze,uśmiechając się ciepło.
Odwróciłam się do czarnowłosej,której aura była ciemna i dziwnie lepiąca. Nie była dobra,ani szczera.
-Skłamałaś przed swoim władcą-powiedziałam-Niech to się więcej nie powtórzy-nakazałam.
Cofnęłam się dwa kroki do tyłu.
-Możecie wrócić do swoich domów-stwierdziłam.
Obie dygnęły i odeszły. Odwróciłam się do Maxona.
-Nie gniewasz się na mnie już?-zapytał,podchodząc do mnie.
-Niby o co?-zrobiłam zgrabny unik.
-O to,że zmusiłem Cię do poślubienia mnie-odpowiedział,spuszczając wzrok-Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję-dodał ledwie słyszalnie.
Przyglądałam się jego aurze. Była jasna.
-Kocham Cię,Noro. Kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem,wiedziałem to-powiedział,patrząc mi głęboko w oczy.
-Udowodnij to-poprosiłam cicho.
Serce mówiło,że mówi prawdę,ale rozum mimo dowodów nie chciał uwierzyć. Przypominał mi,że już nieraz mnie okłamał i uderzył mnie.
-Jak?-zapytał.
Uśmiechnęłam się lekko. I tak miał już pomysł,ale chciał wiedzieć jak. Wzruszyłam ramionami.
-Przede wszystkim bądź ze mną szczery i nie traktuj mnie jak lalkę,ponieważ nie jestem niczyją zabawką-odpowiedziałam.
Zmarszczył brwi i lekko zagryzł wargę. Pierwszy raz był niepewny.
-Ktoś zaatakował jedną z naszych wiosek,wysłałem tam małą armie,ale nie wróciła-oznajmił cicho.
Zmartwiłam się tym. Kto to mógł być? Dlaczego zaatakował naszą wioskę? Dlaczego jego ludzie nie wrócili?
-Skoro Twoi ludzie jeszcze nie wrócili,pojadę z moją armią do tej wioski i zobaczę co się tam dzieje-stwierdziłam.
-Masz swoją armię? I nic mi o tym nie powiedziałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-Teraz wiesz jak to jest-odpowiedziałam.
-Z ilu ludzi składa się Twoja armia?-zapytał po chwili.
Zaśmiałam się cicho i złapałam go za rękę. Pociągnęłam w kierunku balkonu. Szedł za mną posłusznie. Otworzyłam drzwi balkonowe i stanęłam z nim przy barierce. Wyciągnęłam mały,biały gwizdek i zagwizdałam. Przez chwilę nic się nie działo,ale po dwóch minutach widać było jak coś biegnie przez las. Po chwili około trzydziestu dwumetrowych potworów zatrzymała się na dziedzińcu i uklękła. Maxon wziął drżący oddech na ich widok. Budzili grozę. Dwumetrowe potwory były ulepione ze śniegu. Miały lodowe oczy i zęby. Ostre szpony również z lodu. Nie do pokonania,ale dla swojej stworzycielki były miłe i łagodne. Odnosiły się do mnie z szacunkiem.
-Witajcie-przywitałam ich-Zapewne nie mogliście się doczekać pierwszej misji-dodałam,kiedy powstały.
Skinęły z entuzjazmem głową. Zaśmiałam się cicho.
-Mam dla połowy z Was zadanie. Pójdziecie ze mną do zaatakowanej wioski-oznajmiłam-Reszta podzieli się na dwuosobowe grupy i wraz z czarnowłosymi sprawdzi inne wioski. Jeśli zostały zaatakowane musicie mi o tym natychmiast powiedzieć-dodałam.
Skinęli głowami i zaczęli się przegrupowywać. Odwróciłam się do Maxona,który jakoś specjalnie nie był zachwycony tym,że jadę do zaatakowanej wioski. Uśmiechnęłam się do niego uspokajająco.
-Nie pojedziesz tam sama-oznajmił stanowczo.
-Nie będę sama-zaprzeczyłam.
-Weź ze sobą kilku moich ludzi. Będę spokojniejszy-poprosił.
Westchnęłam ciężko.
-Dobrze-zgodziłam się.
Przytulił mnie do siebie z lekkim wahaniem. Byłam tym gestem trochę zdziwiona,ale nie opierałam się. Chciał być miły i opiekuńczy,a przede wszystkich chciał żebym została. Ale nic z tego,muszę tam jechać. Wyplątałam się z jego objęć i delikatnie pocałowałam w usta. Po czym zeszłam na dół. Po drodze zrobiłam sobie lodową koronę,srebrna nie trzymałaby się podczas szybkiej jazdy konnej. Była taka sama jak moja srebrna korona,z tym wyjątkiem,że powstała z lodu. Nie miałam na głowie hełmu,więc lodowa korona powstała przy czubku głowy. Wyszłam na dziedziniec i wsiadłam na białego,osiodłanego konia.
Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Z wioski niewiele zostało. Była ruiną. Ciała mieszkańców wioski walały się wszędzie,a krew była dookoła. Poczułam smutek i żal. Jedyne co mogłam zrobić to pochować ciała po królewsku. Spalić je. Zsiadłam z konia i podałam uzdę pierwszemu czarnowłosemu jaki był najbliżej.
-Przynieście dużo drewna,musimy spalić ciała-powiedziałam.
Moje potwory posłuchały. Połowa poszła po drewno,a druga połowa razem ze mną zaczęła zbierać ciała i kłaść je w jedno miejsce. Małe dzieci,kobiety,mężczyźni i starcy...
Kiedy już ułożyliśmy ciała na drewnie,podpaliłam stos pochodnią i patrzyłam jak ogień pochłania ciała i drewno. Było mi ciężko. Myślałam,że im pomożemy,a tymczasem musimy patrzeć jak ogień pochłania martwe ciała.
Kiedy ogień zgasł,zrobiłam lodowy pomnik na cześć zmarłych i ruszyłam do czarnowłosych. Wtedy ich zobaczyłam. Pięciu złotowłosych młodych mężczyzn. Stali wśród drzew,więc nikt inny ich nie spostrzegł. Dwóch z moich ludzi też ich zauważyło,ale nie ruszyło za nimi. Nie dostało takiego rozkazu.
-Pięciu niech ich złapie. Mają być żywi-nakazałam.
Śnieżni żołnierze posłuchali mojego rozkazu i pięciu ruszyło biegiem za uciekającymi mężczyznami. Stanęłam koło mojego konia i czekałam.
czwartek, 19 marca 2015
Rozdział Siódmy.
Osiodłałam czarnego Cienia,a resztę uwolniłam i przepędziłam do
lasu. Nie wrócą tu,podobnie jak ja. Popędziłam czarnego ogiera i nie
oglądając się do tyłu,skierowałam go w stronę Krainy Wiosny. Długo tam
nie zabawiłam. Mimo,że była najdalej położona od Krainy Lodu,dość szybko
pojawili się szpiedzy Maxona. Kiedy mnie rozpoznali-kupowałam wtedy
jabłka dla konia-od razu go zawiadomili. Jeszcze tego samego dnia
pojawili się jego żołnierze. Obserwowałam ich przez chwilę,a potem
zniknęłam. Przeniosłam się do lasów Krainy Lata. Spędziłam w nich dwa
tygodnie i musiałam się wynieść. Za dużo osób zabiłam w tamtym lesie.
Zostawiłam też wiadomość dla Maxona. Powinna mu podnieść ciśnienie.
Zmieniłam się od tamtego pamiętnego dnia. Trenowałam codziennie i byłam
szybsza. Nie potrzebowałam już Cienia,ale polubiłam go. Miał swoje
humorki i był uparty,ale mądry jak na zwierzę. Zmieniły się też moje
rysy twarzy. Z dziecinnej wyostrzyły się w kobiecą. Włosy miałam już
prawie do połowy ud,więc je obcięłam do łokci. Szkoda mi ich było,ale
tylko zawadzały. Moje oczy ściemniały. Z jasnych stały się
ciemniejsze,bardziej tajemnicze i mroczne. Najlepsze było to,że cała ta
szopka mnie bawiła.
Wysyłał coraz więcej ludzi,którzy mieli mnie znaleźć,a ja zamieszkałam wśród mojego ludu. W wiosce o dzień oddalonej od zamku. Kilka kobiet miało białe włosy,więc nie byłam tak rozpoznawalna. Jeśli chodzi o oczy,to nie zwracali na to uwagi. Nie zwracali sobie głowy kobietą,która dopiero co się nią stała. Byli mili dla każdego obcego. Najlepsze było to,że kiedy obok przechodziły oddziały szukające mnie,przeszli obok mnie jakbym nie istniała. Kiedy byłam jeszcze w Krainie Lata widziałam zdziczałe konie,które wypuściłam. Niestety złapali mnie dwa dni po tym incydencie. Kiedy mnie siłą zaciągnęli do zamku,musieli się porządnie przyłożyć,żeby mnie złapać i unieruchomić. Trzy godziny im to zajęło. Zdążyłam prawie zwiać do lasu,ale niestety czekała mnie przed nim nie miła niespodzianka. Zabiłam tylko dwunastu z czterdziestu. Potrzebnych było,aż dziesięciu silnych czarnowłosych,by mnie przyciągnąć do zamku. Co najmniej ośmiu musiało iść do skrzydła szpitalnego,bo mieli poważne rany. Koniec końców skończyłam w pokoju bez okien i ostrych narzędzi. Miałam tu ubrania i buty,zero sukienek i butów na obcasie. Dostawałam też jedzenie trzy razy dziennie. Spędziłam w pokoju dwa dni. Potem przyszło dwóch strażników i poprosiło,żebym poszła z nimi. Wstałam z podłogi i ruszyłam za nimi. Wiedzieli,że ze mną nie ma żartów. Byli mili i odnosili się do mnie z szacunkiem. Maxonowi na pewno nie spodoba się to,że się ożeniłam i spędziłam upojną noc małżeńską pod gwiazdami. Było miło i nawet coś poczułam do młodego mężczyzny,ale nie zdążyłam zidentyfikować tych uczuć. Ślub dał nam Ksiądz Jakub,był do tego upoważniony,bo rodzina królewska nie chciała tracić czasu na takie błahostki. Zostałam zaprowadzona do czytelni i tam zamknięta. Zmęczenie dawało się we znaki. Nie spałam przez te dwa dni,bo byłam czujna. Podeszłam do wielkiego lustra i przyjrzałam się swojemu odbiciu. Białe włosy były już za łopatki,oczy ściemniały i stały się bardziej tajemnicze,bardziej mroczne. Twarz była lekko trójkątna. Moja sylwetka nabrała niestety kobiecego wyglądu. Małe wcięcie w talii teraz stało się bardziej widoczne. Podobnie jak szerokie biodra i biust. Nie był duży,ale i nie mały. Był idealnie dopasowany do mojego ciała. Każdy mężczyzna,którego mijałam w miastach,czy wsiach,odwracał się za mną. Byłam piękna i bardzo pociągająca. Moja blada cera przetrwała palące słońce w Krainie Lata i Wiosny. Nadal jednak wyglądałam na delikatną,chociaż mięśnie na całym ciele były bardziej zarysowane. Widać było,że jestem strażniczką,a przynajmniej wojowniczką. Usiadłam na kanapie i zasnęłam z nudów.
Obudziłam się,kiedy poczułam dłoń na policzku,która czule głaskała. Otworzyłam oczy i zdezorientowana poczułam,że spadam na podłogę,a później ktoś przyciska moje ciało do ziemi,siadając na moich biodrach. Unieruchomił mi też ręce po obu stronach głowy. Dopiero po kilku sekundach zaćmiony umysł się obudził. Maxon uśmiechnięty pochylał się. Był trochę wyższy niż półtora miesiąca temu. Mięśnie miał widocznie zarysowane,jak na mężczyznę przystało. Był też szybszy,niż wcześniej. Biła od niego pewność siebie i samozadowolenie. Spróbowałam go z siebie zepchnąć,ale tylko lekko nim zakołysałam.
-Dawno się nie widzieliśmy,kochanie-stwierdził z nie znikającym uśmiechem.
-Nie możesz tak mówić,nie jesteś moim mężem-odpyskowałam z wrednym uśmieszkiem.
Uśmiechnął się szerzej.
-Otóż kochanie mogę Cię nazywać jak chcę,bo nie jesteś zamężna-odpowiedział wesoło-Trochę mi zeszło zanim znalazłem wszystkich światków i tego chłopaka oraz księdza,ale w końcu mi się udało. Nikt nie potwierdzi,że kiedykolwiek brałaś ślub z niejakim Nickiem,ponieważ wszystkich usunąłem. Całą wioskę również,tak dla pewności. Nikt mi już nie przeszkodzi,kochanie-oznajmił jeszcze weselej.
Odbiło mu i to po całej linii.
-Przynajmniej miałam upojną noc poślubną-westchnęłam,uśmiechając się na to piękne wspomnienie-Był świetny w łóżku-dodałam.
Pierwszy raz bolał,ale już kolejne nie. Dawały mi rozkosz,podobnie jak Nickowi. Maxonowi uśmiech zszedł z twarzy. Duże złote oczy ściemniały troszkę z gniewu,ale kilku sekundach wróciły do swojego odcienia. Znowu się uśmiechał.
-Możemy się o tym przekonać tylko w jeden sposób-stwierdził.
W jego oczach zobaczyłam nie tylko wyzwanie,ale również pożądanie i miłość. Miłość? To on był do czegoś takiego zdolny? Prychnęłam rozbawiona. Pod rozbawieniem,kryło się przerażenie. Do czego był zdolny?
-Nie zamierzam się z Tobą przespać-odpowiedziałam.
-Nasza noc poślubna na pewno będzie lepsza. Przysięgam,że jej nie zapomnisz i będziesz chciała więcej-oznajmił.
Był poważny i pewny swego zdania.
-Jakoś nie przypominam sobie,żebym się zgodziła-odpowiedziałam.
-Noro,czy uczynisz mi ten zaszczyt i będziesz moją Królową?-zapytał poważny,nadal mnie unieruchamiając.
-Nie-odpowiedziałam.
-Mam powtórzyć,że należysz do mnie,jak ja do Ciebie?-zapytał,mrużąc oczy.
-Nie należę do ciebie!-warknęłam.
Pochylił się i pocałował mnie w usta. Nie oddałam pocałunku. Znieruchomiałam. Po chwili oderwał się ode mnie lekko zirytowany moim zachowaniem.
-Nigdy więcej tego nie rób-syknęłam.
-Doskonale wiesz,że pocałuję Cię bez Twojego pozwolenia-odpowiedział z uśmiechem.
Spróbowałam go ponownie zrzucić,napinając wszystkie mięśnie. Udało mi się. Teraz ja byłam na nim,ale nie na długo. Sekundę później,znów był na mnie. Jego oczy rozbłysły,jakby sobie coś przypomniał.
-Wiesz,że moje przyrzeczenie o Twojej rodzinie i poddanych jest nieważnie?-zapytał-Chyba,że przyjmiesz moje oświadczyny-dodał.
Nie dowierzałam temu co usłyszałam przed chwilą. Po czym uzmysłowiłam sobie fakt,że nie ustaliłam jednej ważnej rzeczy w przyrzeczeniu. Nie nakazałam mu,żeby powiedział,że przysięga nigdy nie zgaśnie. Zrobił coś czego się nie spodziewałam po nim. Przygniótł mi ręce swoimi kolanami,żebym nie mogła się wyrwać i sięgnął po pogrzebacz. Podciągnął mi bluzkę tak,żeby odsłaniała moja klatkę piersiową i przycisnął lekko rozżarzoną końcówkę pogrzebacza w kształcie litery M w miejscu,gdzie znajdowało się moje serce. Poczułam ogromny ból,ale kiedy Maxon pocałował mnie w tamto miejsce,ból zniknął. Oddychałam płytko i szybko. Czarnowłosy popatrzył mi w oczy i się uśmiechnął.
-Teraz Ty masz pierwszą literę mojego imienia na swoim sercu-powiedział.
Może uleczać rany. Kolejny kawałek z jego Mocy.
-Należymy do siebie nawzajem-szepnął i pocałował mnie.
Ugryzłam go najmocniej jak potrafiłam w dolną wargę. Od razu się odsunął. Nie był zadowolony,ale i nie był zły. Przejechał językiem po opuchniętej wardze,która krwawiła,zdziwiony.
-Ugryzłaś mnie-powiedział ze zdziwieniem.
-Ostrzegłam Cię-odpowiedziałam spokojna.
Wysyłał coraz więcej ludzi,którzy mieli mnie znaleźć,a ja zamieszkałam wśród mojego ludu. W wiosce o dzień oddalonej od zamku. Kilka kobiet miało białe włosy,więc nie byłam tak rozpoznawalna. Jeśli chodzi o oczy,to nie zwracali na to uwagi. Nie zwracali sobie głowy kobietą,która dopiero co się nią stała. Byli mili dla każdego obcego. Najlepsze było to,że kiedy obok przechodziły oddziały szukające mnie,przeszli obok mnie jakbym nie istniała. Kiedy byłam jeszcze w Krainie Lata widziałam zdziczałe konie,które wypuściłam. Niestety złapali mnie dwa dni po tym incydencie. Kiedy mnie siłą zaciągnęli do zamku,musieli się porządnie przyłożyć,żeby mnie złapać i unieruchomić. Trzy godziny im to zajęło. Zdążyłam prawie zwiać do lasu,ale niestety czekała mnie przed nim nie miła niespodzianka. Zabiłam tylko dwunastu z czterdziestu. Potrzebnych było,aż dziesięciu silnych czarnowłosych,by mnie przyciągnąć do zamku. Co najmniej ośmiu musiało iść do skrzydła szpitalnego,bo mieli poważne rany. Koniec końców skończyłam w pokoju bez okien i ostrych narzędzi. Miałam tu ubrania i buty,zero sukienek i butów na obcasie. Dostawałam też jedzenie trzy razy dziennie. Spędziłam w pokoju dwa dni. Potem przyszło dwóch strażników i poprosiło,żebym poszła z nimi. Wstałam z podłogi i ruszyłam za nimi. Wiedzieli,że ze mną nie ma żartów. Byli mili i odnosili się do mnie z szacunkiem. Maxonowi na pewno nie spodoba się to,że się ożeniłam i spędziłam upojną noc małżeńską pod gwiazdami. Było miło i nawet coś poczułam do młodego mężczyzny,ale nie zdążyłam zidentyfikować tych uczuć. Ślub dał nam Ksiądz Jakub,był do tego upoważniony,bo rodzina królewska nie chciała tracić czasu na takie błahostki. Zostałam zaprowadzona do czytelni i tam zamknięta. Zmęczenie dawało się we znaki. Nie spałam przez te dwa dni,bo byłam czujna. Podeszłam do wielkiego lustra i przyjrzałam się swojemu odbiciu. Białe włosy były już za łopatki,oczy ściemniały i stały się bardziej tajemnicze,bardziej mroczne. Twarz była lekko trójkątna. Moja sylwetka nabrała niestety kobiecego wyglądu. Małe wcięcie w talii teraz stało się bardziej widoczne. Podobnie jak szerokie biodra i biust. Nie był duży,ale i nie mały. Był idealnie dopasowany do mojego ciała. Każdy mężczyzna,którego mijałam w miastach,czy wsiach,odwracał się za mną. Byłam piękna i bardzo pociągająca. Moja blada cera przetrwała palące słońce w Krainie Lata i Wiosny. Nadal jednak wyglądałam na delikatną,chociaż mięśnie na całym ciele były bardziej zarysowane. Widać było,że jestem strażniczką,a przynajmniej wojowniczką. Usiadłam na kanapie i zasnęłam z nudów.
Obudziłam się,kiedy poczułam dłoń na policzku,która czule głaskała. Otworzyłam oczy i zdezorientowana poczułam,że spadam na podłogę,a później ktoś przyciska moje ciało do ziemi,siadając na moich biodrach. Unieruchomił mi też ręce po obu stronach głowy. Dopiero po kilku sekundach zaćmiony umysł się obudził. Maxon uśmiechnięty pochylał się. Był trochę wyższy niż półtora miesiąca temu. Mięśnie miał widocznie zarysowane,jak na mężczyznę przystało. Był też szybszy,niż wcześniej. Biła od niego pewność siebie i samozadowolenie. Spróbowałam go z siebie zepchnąć,ale tylko lekko nim zakołysałam.
-Dawno się nie widzieliśmy,kochanie-stwierdził z nie znikającym uśmiechem.
-Nie możesz tak mówić,nie jesteś moim mężem-odpyskowałam z wrednym uśmieszkiem.
Uśmiechnął się szerzej.
-Otóż kochanie mogę Cię nazywać jak chcę,bo nie jesteś zamężna-odpowiedział wesoło-Trochę mi zeszło zanim znalazłem wszystkich światków i tego chłopaka oraz księdza,ale w końcu mi się udało. Nikt nie potwierdzi,że kiedykolwiek brałaś ślub z niejakim Nickiem,ponieważ wszystkich usunąłem. Całą wioskę również,tak dla pewności. Nikt mi już nie przeszkodzi,kochanie-oznajmił jeszcze weselej.
Odbiło mu i to po całej linii.
-Przynajmniej miałam upojną noc poślubną-westchnęłam,uśmiechając się na to piękne wspomnienie-Był świetny w łóżku-dodałam.
Pierwszy raz bolał,ale już kolejne nie. Dawały mi rozkosz,podobnie jak Nickowi. Maxonowi uśmiech zszedł z twarzy. Duże złote oczy ściemniały troszkę z gniewu,ale kilku sekundach wróciły do swojego odcienia. Znowu się uśmiechał.
-Możemy się o tym przekonać tylko w jeden sposób-stwierdził.
W jego oczach zobaczyłam nie tylko wyzwanie,ale również pożądanie i miłość. Miłość? To on był do czegoś takiego zdolny? Prychnęłam rozbawiona. Pod rozbawieniem,kryło się przerażenie. Do czego był zdolny?
-Nie zamierzam się z Tobą przespać-odpowiedziałam.
-Nasza noc poślubna na pewno będzie lepsza. Przysięgam,że jej nie zapomnisz i będziesz chciała więcej-oznajmił.
Był poważny i pewny swego zdania.
-Jakoś nie przypominam sobie,żebym się zgodziła-odpowiedziałam.
-Noro,czy uczynisz mi ten zaszczyt i będziesz moją Królową?-zapytał poważny,nadal mnie unieruchamiając.
-Nie-odpowiedziałam.
-Mam powtórzyć,że należysz do mnie,jak ja do Ciebie?-zapytał,mrużąc oczy.
-Nie należę do ciebie!-warknęłam.
Pochylił się i pocałował mnie w usta. Nie oddałam pocałunku. Znieruchomiałam. Po chwili oderwał się ode mnie lekko zirytowany moim zachowaniem.
-Nigdy więcej tego nie rób-syknęłam.
-Doskonale wiesz,że pocałuję Cię bez Twojego pozwolenia-odpowiedział z uśmiechem.
Spróbowałam go ponownie zrzucić,napinając wszystkie mięśnie. Udało mi się. Teraz ja byłam na nim,ale nie na długo. Sekundę później,znów był na mnie. Jego oczy rozbłysły,jakby sobie coś przypomniał.
-Wiesz,że moje przyrzeczenie o Twojej rodzinie i poddanych jest nieważnie?-zapytał-Chyba,że przyjmiesz moje oświadczyny-dodał.
Nie dowierzałam temu co usłyszałam przed chwilą. Po czym uzmysłowiłam sobie fakt,że nie ustaliłam jednej ważnej rzeczy w przyrzeczeniu. Nie nakazałam mu,żeby powiedział,że przysięga nigdy nie zgaśnie. Zrobił coś czego się nie spodziewałam po nim. Przygniótł mi ręce swoimi kolanami,żebym nie mogła się wyrwać i sięgnął po pogrzebacz. Podciągnął mi bluzkę tak,żeby odsłaniała moja klatkę piersiową i przycisnął lekko rozżarzoną końcówkę pogrzebacza w kształcie litery M w miejscu,gdzie znajdowało się moje serce. Poczułam ogromny ból,ale kiedy Maxon pocałował mnie w tamto miejsce,ból zniknął. Oddychałam płytko i szybko. Czarnowłosy popatrzył mi w oczy i się uśmiechnął.
-Teraz Ty masz pierwszą literę mojego imienia na swoim sercu-powiedział.
Może uleczać rany. Kolejny kawałek z jego Mocy.
-Należymy do siebie nawzajem-szepnął i pocałował mnie.
Ugryzłam go najmocniej jak potrafiłam w dolną wargę. Od razu się odsunął. Nie był zadowolony,ale i nie był zły. Przejechał językiem po opuchniętej wardze,która krwawiła,zdziwiony.
-Ugryzłaś mnie-powiedział ze zdziwieniem.
-Ostrzegłam Cię-odpowiedziałam spokojna.
Rozdział Szósty.
Oczy otwarte-zatroskana twarz czarnowłosego mówiącego mi,że muszę walczyć z chorobą.
Oczy zamknięte-mały czarnowłosy chłopiec uczący się chodzić.
Oczy otwarte-patrzący na mnie czarnowłosy.
Oczy zamknięte-czarnowłosa matka o złotych oczach trzyma w objęciach małego czarnowłosego.
Oczy otwarte-czarnowłosy śpiący z głową na mojej ręce.
Oczy zamknięte-nastoletni czarnowłosy patrzący na nieżywego siwowłosego mężczyznę i czarnowłosą kobietę.
Oczy otwarte-czarnowłosy gładzący mój policzek z czułością.
Oczy zamknięte-czarnowłosy dwunastolatek obserwujący jak ćwiczę zawzięcie jedno i to samo uderzenie o rok młodsza od niego.
Otworzyłam oczy i ujrzałam płomienie w kominku. Było mi ciepło i czułam jak siły do mnie wracają. Czarnowłosy przytulał mnie do siebie i cicho nucił kołysankę. Znałam ją ze snu,a właściwie z jego przeszłości. Musiałam używać mocy,by przenieść się do przeszłości. Chciałam poznać jego przeszłość. Poznałam jego przeszłość,ale nie rozumiałam jego zachowania w tunelach.
-Przykro mi z powodu Twoich rodziców-wyszeptałam go niego.
Znieruchomiał,cały spięty. Zamrugałam powiekami,próbując wywnioskować czym go zdenerwowałam. Po kilku sekundach zaskoczona spostrzegłam,że siedzi mi na biodrach i unieruchomił mi ręce obok głowy,pochylając się w moją stronę. Znów ta sama sytuacja,tyle,że jeszcze nie uciekałam. Jęknęłam cicho i spróbowałam go z siebie zepchnąć-na marne.
-Mówiłem Ci,że masz tak nie mówić-syknął przez zaciśnięte zęby.
Znieruchomiałam przerażona.
Zrozumiałam pewną rzecz.
Kłamał.
-Ty parszywy kłamco!! Jak mogłeś?!-krzyknęłam rozwścieczona.
A ja się dałam nabrać,głupia! Moja matka w lochach zakrwawiona? To była iluzja. Moja matka nigdy by nie okazała strachu,a ja uwierzyłam w jego iluzję. Miał moc iluzji. Zapewne miał jeszcze inną moc,o której miałam się wkrótce przekonać na własnej skórze.
-Dopiero teraz do tego doszłaś? Jedyną prawdą jaką Ci powiedziałem to to,że Twoi rodzice oddali mi władzę. Jestem Królem,a Ty moją Królową. Musiałem się nieźle postarać,byś się zgodziła-odpowiedział zadowolony z siebie.
Unieruchomił mi ręce nad głową. Palcem wskazującym drugiej ręki przejechał mi po policzku i zatrzymał na dłużej na moich ustach. Odwróciłam głowę w prawą stronę,a jego palec spadł z mojej twarzy.
-Jesteś potworem-warknęłam.
Jego ręka zacisnęła się na moich kości szczęki,(przykłada rękę pod brodę i przyciska palce na kościach szczęki) zmuszając mnie bym na niego spojrzała. Nasze twarze dzieliło tylko centymetrów. Czułam jego oddech na swojej twarzy. Moje ciało się odprężyło,a wzrok spoczął na jego ustach. Uśmiechnął się zadowolony z siebie. Myślał,że się w nim zakochałam. Cóż,moje uczucia do niego umarły kilka minut temu,kiedy przyznał,że mnie okłamywał. Pochylił się jeszcze bardziej w moją stronę i przejechał swoimi wargami po moim policzku,aż do mojej szyi,rozdzielając moje ręce. Jęknęłam cicho na tą torturę z jego strony. Teraz znowu miałam ręce po obu stronach głowy,a on dalej muskał lekko moją szyję. Napięłam mięśnie i udało mi się nas zrzucić z kanapy. On wylądował bez tchu na podłodze,a ja na nim. Dzielił nas tylko niebieski,puchaty koc. Pochyliłam się nad nim,splatając nasze palce razem,po obu stronach jego głowy. Przyglądał się mi,kiedy jedną ręką pozbyłam się koca dzielącego nas. Rzuciłam go z powrotem na kanapę. Obserwowałam swoją rękę,która powoli muskała jego tors,klatkę piersiową i całą rękę,aż wreszcie nasze palce się splotły ze sobą. Przez jego ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Musiałam wiedzieć jeszcze jedną rzecz,by stąd zwiać. Pochyliłam się nad nim i przycisnęłam swoje usta do jego. Oderwałam swoje usta od jego,by zaczerpnąć powietrza. Zaśmiał się,ale jego śmiech szybko przerodził się w głośny jęk rozkoszy,kiedy poruszyłam swoimi biodrami. Przestraszona zatkałam mu usta dłonią. Zdziwiony spojrzał na mnie,a kiedy dostrzegł,że spoglądam na drzwi od czytelni,od razu zrozumiał o co mi chodzi.
-Nikogo nie ma w oprócz nas. Kazałem przywieść trochę,rzeczy do zamku-oznajmił.
-Zawsze mnie zastanawiało dlaczego Twoi strażnicy mają czarne włosy-powiedziałam.
Zaśmiał się i przejechał dłonią po mojej twarzy.
-Na moją cześć. Postanowili,że w ten sposób oddadzą mi należyty szacunek i przefarbowali włosy-odpowiedział.
Moje policzki płonęły żywym ogniem. Nawet nie wiem jak ma na imię mój wróg.
-Nawet nie wiem jak masz na imię-mruknęłam zawstydzona.
Przyglądał mi się rozbawiony. To na prawdę było zawstydzające! Poruszyłam się niespokojnie,na co przymknął powieki i jęknął. Jego przyjacielowi się podobało,budził się do życia.
-Mam na imię Maxon-odpowiedział,ciężej oddychając.
-Nora,ale to już zapewne wiesz-mruknęłam.
Nagle wpadł mi do głowy mały plan zemsty. Pogrzebacz był w kształcie litery N na końcu. Musiałam tylko sprawić by był półprzytomny,bo inaczej nie dałabym rady. Pocałowałam go namiętnie,lekko poruszając biodrami. Jęczał cicho,całując moje usta. Pożądanie i rozkosz zaćmiły mu umysł,ale mój pracował na najszybszych obrotach. Siły do mnie powróciły. Mogłam zacząć działać. Wezwałam do siebie Moc i kawałek po kawałku mroziłam podłogę koło niego. Skoczyłam na równe nogi, unieruchamiając go za pomocą lodu. Oplatał go wokół ramion,bioder i nóg. Unieruchomił też jego ręce. Podeszłam do kominka i włożyłam do niego końcówkę pogrzebacza. Przestałam udawać. Byłam wściekła na niego. Jak mógł mnie okłamać? Jak mógł posłużyć się swoją mocą przeciwko mnie? Bądź co bądź,byłam jego narzyczoną. Kiedy końcówka była pomarańczowa-wyciągnęłam pogrzebacz z ognia i podeszłam do niego. Zaśmiał się z niedowierzaniem. Byłam niezłą aktorką,podobnie jak on. Stanęłam po jego prawej stronie i spojrzałam mu w oczy.
-Uczeń przerósł mistrza,nie uważasz?-zapytałam go z wrednym uśmiechem.
-O matko! Uwierzyłem Ci!-krzyknął z niedowierzaniem w głosie.
Uśmiechnęłam się.
-Dostaniesz ode mnie niezłą nauczkę za okłamanie księżniczki i szantażowanie jej-oznajmiłam mu.
-Nie zrobisz....-zaczął,ale nie skończył.
Ponieważ przyłożyłam mu rozgrzaną końcówkę do skóry na klatce piersiowej. W miejsce gdzie powinno znajdować się serce. Wrzasnął z bólu i zaczął się wyrywać. Ale blizna po tym na pewno się pojawi. Rzuciłam pogrzebacz na podłogę trzy metry od niego.
-Nadal tak uważasz? Że nie zrobiłabym tego?-zapytałam go-Ktoś powinien Ci powiedzieć prawdę. Wypadło na mnie. Jestem zdolna do wszystkiego dla zemsty. Jak to się mówi? Oko za oko,ząb za ząb-powiedziałam,przyglądając mu się.
Wił się z bólu i próbował uwolnić. Zacmokałam z dezaprobatą.
-Nie powinieneś zaczynać ze mną. Jeszcze nikt nie wyszedł z tego żywy. Zabiłabym Cię,ale jak widzisz trochę mi się śpieszy. Kiedy Twoi ludzie wrócą i Ci pomogą,będę już daleko. I nawiasem mówiąc zrywam zaręczyny!-powiedziałam na odchodnym.
Odwróciłam się i wyszłam. Dla pewności zamroziłam okna i drzwi. Wstąpiłam jeszcze do mojego pokoju. Spakowałam bieliznę,grzebień do włosów,kilka ciuchów i sztylety. Wzięłam prysznic i ubrałam się cała na czarno. Związałam włosy w koński ogon i ubrałam jeszcze pelerynę. Pod spód ubrałam kołczan ze strzałami i łuk. Do pasa przypięłam dwa miecze w pochwach i wyszłam z pokoju.
Wstąpiłam jeszcze do kuchni po jedzenie i wodę.
Oczy zamknięte-mały czarnowłosy chłopiec uczący się chodzić.
Oczy otwarte-patrzący na mnie czarnowłosy.
Oczy zamknięte-czarnowłosa matka o złotych oczach trzyma w objęciach małego czarnowłosego.
Oczy otwarte-czarnowłosy śpiący z głową na mojej ręce.
Oczy zamknięte-nastoletni czarnowłosy patrzący na nieżywego siwowłosego mężczyznę i czarnowłosą kobietę.
Oczy otwarte-czarnowłosy gładzący mój policzek z czułością.
Oczy zamknięte-czarnowłosy dwunastolatek obserwujący jak ćwiczę zawzięcie jedno i to samo uderzenie o rok młodsza od niego.
Otworzyłam oczy i ujrzałam płomienie w kominku. Było mi ciepło i czułam jak siły do mnie wracają. Czarnowłosy przytulał mnie do siebie i cicho nucił kołysankę. Znałam ją ze snu,a właściwie z jego przeszłości. Musiałam używać mocy,by przenieść się do przeszłości. Chciałam poznać jego przeszłość. Poznałam jego przeszłość,ale nie rozumiałam jego zachowania w tunelach.
-Przykro mi z powodu Twoich rodziców-wyszeptałam go niego.
Znieruchomiał,cały spięty. Zamrugałam powiekami,próbując wywnioskować czym go zdenerwowałam. Po kilku sekundach zaskoczona spostrzegłam,że siedzi mi na biodrach i unieruchomił mi ręce obok głowy,pochylając się w moją stronę. Znów ta sama sytuacja,tyle,że jeszcze nie uciekałam. Jęknęłam cicho i spróbowałam go z siebie zepchnąć-na marne.
-Mówiłem Ci,że masz tak nie mówić-syknął przez zaciśnięte zęby.
Znieruchomiałam przerażona.
Zrozumiałam pewną rzecz.
Kłamał.
-Ty parszywy kłamco!! Jak mogłeś?!-krzyknęłam rozwścieczona.
A ja się dałam nabrać,głupia! Moja matka w lochach zakrwawiona? To była iluzja. Moja matka nigdy by nie okazała strachu,a ja uwierzyłam w jego iluzję. Miał moc iluzji. Zapewne miał jeszcze inną moc,o której miałam się wkrótce przekonać na własnej skórze.
-Dopiero teraz do tego doszłaś? Jedyną prawdą jaką Ci powiedziałem to to,że Twoi rodzice oddali mi władzę. Jestem Królem,a Ty moją Królową. Musiałem się nieźle postarać,byś się zgodziła-odpowiedział zadowolony z siebie.
Unieruchomił mi ręce nad głową. Palcem wskazującym drugiej ręki przejechał mi po policzku i zatrzymał na dłużej na moich ustach. Odwróciłam głowę w prawą stronę,a jego palec spadł z mojej twarzy.
-Jesteś potworem-warknęłam.
Jego ręka zacisnęła się na moich kości szczęki,(przykłada rękę pod brodę i przyciska palce na kościach szczęki) zmuszając mnie bym na niego spojrzała. Nasze twarze dzieliło tylko centymetrów. Czułam jego oddech na swojej twarzy. Moje ciało się odprężyło,a wzrok spoczął na jego ustach. Uśmiechnął się zadowolony z siebie. Myślał,że się w nim zakochałam. Cóż,moje uczucia do niego umarły kilka minut temu,kiedy przyznał,że mnie okłamywał. Pochylił się jeszcze bardziej w moją stronę i przejechał swoimi wargami po moim policzku,aż do mojej szyi,rozdzielając moje ręce. Jęknęłam cicho na tą torturę z jego strony. Teraz znowu miałam ręce po obu stronach głowy,a on dalej muskał lekko moją szyję. Napięłam mięśnie i udało mi się nas zrzucić z kanapy. On wylądował bez tchu na podłodze,a ja na nim. Dzielił nas tylko niebieski,puchaty koc. Pochyliłam się nad nim,splatając nasze palce razem,po obu stronach jego głowy. Przyglądał się mi,kiedy jedną ręką pozbyłam się koca dzielącego nas. Rzuciłam go z powrotem na kanapę. Obserwowałam swoją rękę,która powoli muskała jego tors,klatkę piersiową i całą rękę,aż wreszcie nasze palce się splotły ze sobą. Przez jego ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Musiałam wiedzieć jeszcze jedną rzecz,by stąd zwiać. Pochyliłam się nad nim i przycisnęłam swoje usta do jego. Oderwałam swoje usta od jego,by zaczerpnąć powietrza. Zaśmiał się,ale jego śmiech szybko przerodził się w głośny jęk rozkoszy,kiedy poruszyłam swoimi biodrami. Przestraszona zatkałam mu usta dłonią. Zdziwiony spojrzał na mnie,a kiedy dostrzegł,że spoglądam na drzwi od czytelni,od razu zrozumiał o co mi chodzi.
-Nikogo nie ma w oprócz nas. Kazałem przywieść trochę,rzeczy do zamku-oznajmił.
-Zawsze mnie zastanawiało dlaczego Twoi strażnicy mają czarne włosy-powiedziałam.
Zaśmiał się i przejechał dłonią po mojej twarzy.
-Na moją cześć. Postanowili,że w ten sposób oddadzą mi należyty szacunek i przefarbowali włosy-odpowiedział.
Moje policzki płonęły żywym ogniem. Nawet nie wiem jak ma na imię mój wróg.
-Nawet nie wiem jak masz na imię-mruknęłam zawstydzona.
Przyglądał mi się rozbawiony. To na prawdę było zawstydzające! Poruszyłam się niespokojnie,na co przymknął powieki i jęknął. Jego przyjacielowi się podobało,budził się do życia.
-Mam na imię Maxon-odpowiedział,ciężej oddychając.
-Nora,ale to już zapewne wiesz-mruknęłam.
Nagle wpadł mi do głowy mały plan zemsty. Pogrzebacz był w kształcie litery N na końcu. Musiałam tylko sprawić by był półprzytomny,bo inaczej nie dałabym rady. Pocałowałam go namiętnie,lekko poruszając biodrami. Jęczał cicho,całując moje usta. Pożądanie i rozkosz zaćmiły mu umysł,ale mój pracował na najszybszych obrotach. Siły do mnie powróciły. Mogłam zacząć działać. Wezwałam do siebie Moc i kawałek po kawałku mroziłam podłogę koło niego. Skoczyłam na równe nogi, unieruchamiając go za pomocą lodu. Oplatał go wokół ramion,bioder i nóg. Unieruchomił też jego ręce. Podeszłam do kominka i włożyłam do niego końcówkę pogrzebacza. Przestałam udawać. Byłam wściekła na niego. Jak mógł mnie okłamać? Jak mógł posłużyć się swoją mocą przeciwko mnie? Bądź co bądź,byłam jego narzyczoną. Kiedy końcówka była pomarańczowa-wyciągnęłam pogrzebacz z ognia i podeszłam do niego. Zaśmiał się z niedowierzaniem. Byłam niezłą aktorką,podobnie jak on. Stanęłam po jego prawej stronie i spojrzałam mu w oczy.
-Uczeń przerósł mistrza,nie uważasz?-zapytałam go z wrednym uśmiechem.
-O matko! Uwierzyłem Ci!-krzyknął z niedowierzaniem w głosie.
Uśmiechnęłam się.
-Dostaniesz ode mnie niezłą nauczkę za okłamanie księżniczki i szantażowanie jej-oznajmiłam mu.
-Nie zrobisz....-zaczął,ale nie skończył.
Ponieważ przyłożyłam mu rozgrzaną końcówkę do skóry na klatce piersiowej. W miejsce gdzie powinno znajdować się serce. Wrzasnął z bólu i zaczął się wyrywać. Ale blizna po tym na pewno się pojawi. Rzuciłam pogrzebacz na podłogę trzy metry od niego.
-Nadal tak uważasz? Że nie zrobiłabym tego?-zapytałam go-Ktoś powinien Ci powiedzieć prawdę. Wypadło na mnie. Jestem zdolna do wszystkiego dla zemsty. Jak to się mówi? Oko za oko,ząb za ząb-powiedziałam,przyglądając mu się.
Wił się z bólu i próbował uwolnić. Zacmokałam z dezaprobatą.
-Nie powinieneś zaczynać ze mną. Jeszcze nikt nie wyszedł z tego żywy. Zabiłabym Cię,ale jak widzisz trochę mi się śpieszy. Kiedy Twoi ludzie wrócą i Ci pomogą,będę już daleko. I nawiasem mówiąc zrywam zaręczyny!-powiedziałam na odchodnym.
Odwróciłam się i wyszłam. Dla pewności zamroziłam okna i drzwi. Wstąpiłam jeszcze do mojego pokoju. Spakowałam bieliznę,grzebień do włosów,kilka ciuchów i sztylety. Wzięłam prysznic i ubrałam się cała na czarno. Związałam włosy w koński ogon i ubrałam jeszcze pelerynę. Pod spód ubrałam kołczan ze strzałami i łuk. Do pasa przypięłam dwa miecze w pochwach i wyszłam z pokoju.
Wstąpiłam jeszcze do kuchni po jedzenie i wodę.
Rozdział Piąty.
Przez tydzień wstawałam rano,ćwiczyłam i jadłam śniadanie,ćwiczyłam i spałam. Obiad i kolacja wyglądały tak samo. Miałam już widocznie zarysowane mięśnie nóg i brzucha. Rana zagoiła się dwa dni temu,więc pracowałam więcej nad mięśniami rąk. Ten sam wojownik przynosił mi jedzenie. Mieliśmy mały układ,którego żadne z nas nie omówiło. On w ciszy zajmował się swoimi obowiązkami,a ja swoimi. W ciszy zaczęłam się podciągać na rękach. Zrobiłam sobie lodowy drążek w kącie pokoju. Właśnie robiłam ostatnią serię podciągnięć,kiedy drzwi otworzyły się ukazując czarnowłosego potwora. Bez słowa się podciągnęłam i opuściłam. Kolejna powtórka i przeszłam do brzuszków. Wyczułam,że moje ignorowanie go wkurza,ale nie miałam zamiaru przerywać tylko dlatego,że mu się tak podoba albo ma taką zachciankę. Zamknął drzwi z cichym trzaskiem mającym oznajmić mi,żebym lepiej przerwała i zwróciła na niego uwagę. Skubiłam się na liczeniu brzuszków. 34,35,36...41,42,43...54,55,56...60,61,62...
-Przestań mnie ignorować i porozmawiaj ze mną!-warknął z fotela.
Otworzyłam okno za pomocą mocy-nie przestawając robić brzuszków. Lodowaty wiatr wpadł do mojego pokoju.
-Co to ma znaczyć? Nie zamierzasz ze mną rozmawiać?-zapytał zdziwiony-Zachowujesz się jak dziecko-oznajmił.
Wzruszyłam ramionami przy kolejnym brzuszku. Wojownik z tacą zapukał trzy razy i wszedł. Chyba wiedział,że jest tu jego pan od siedmiu boleści. Rzucił mi współczujące spojrzenie,położył tacę na stoliku,ukłonił się czarnowłosemu i odwrócił się ruszając do drzwi.
-Nie musisz pukać-oznajmiłam mu cicho.
Skinął głową wychodząc. Kiedy doszłam do stu przestałam robić brzuszki. Zrobiłam ćwiczenie rozluźniające mięśnie i wstałam z podłogi. Usiadłam na krześle,naprzeciwko niego i zaczęłam jeść-zupełnie go ignorując. Szlag go trafił dopiero jak zjadłam i zaczęłam robić przysiady.
-Masz natychmiast przestać ćwiczyć!!!-krzyknął czerwony na twarzy.
Rzuciłam mu rozbawione spojrzenie,ale nie przestałam robić przysiadów. Błyskawicznie znalazł się naprzeciwko mnie i złapał mnie za ramiona dość boleśnie. Spojrzałam wymownie na jego ręce,ale się nie odezwałam.
-Odezwij się-nakazał niskim,złowrogim głosem.
Skrzyżowałam ręce pod piersiami,popatrzyłam mu w twarz i uniosłam jedną brew. Komunikat była jasny: Nie. I co zrobisz?. Szybko go odczytał. Zacisnął mocniej prawą rękę,lewą puścił i odwrócił się do drzwi. Ruszył ciągnąc mnie za sobą. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz,a ja za nim. Tam gdzie stawiałam kroki zostawał szron. Napisałam na ścianie przed nami: Humorek Ci nie dopisuje?. Zacisnął mocniej palce na moim lewym ramieniu.
-To Tobie zaraz nie dopisze-warknął w odpowiedzi.
Prychnęłam pogardliwie w odpowiedzi. Przeszliśmy jeszcze dwa korytarze na niższym poziomie i zatrzymaliśmy się przed jedną z wielu cel dla magicznych więźniów skazanych na więzienie przez moich rodziców. Otworzył drzwi i zobaczyłam zakrwawioną mamę. O mało nie upadłam. Na szczęście czarnowłosy ani na chwilę nie poluźnił uścisku na moim biednym ramieniu. Przerażona patrzyła na czarnowłosego. Była przywiązana do metalowego krzesła,a z jej świeżych ran ciekła krew. Jej suknia już nie była jasnoniebieska tylko czerwono-bordowa. Jęknęłam na jej widok i zaskoczona mama przeniosła wzrok na mnie. Białe włosy opadały teraz czerwone i w strąkach na jej chudą twarz,ale nadal była piękna. Wyraźnie odetchnęła z ulgą.
-No więc?-zapytał czarnowłosy,przyglądając mi się.
Popatrzyłam na niego miażdżąco i przeniosłam wzrok na ścianę za zmaltretowaną mamą. Na ścianie pojawiało się szronowe zdanie. "Torturując moją rodzinę tylko umacniasz mnie w przekonaniu,że jesteś potworem". Bo taka była prawda. Zacisnął palce jeszcze mocniej na moim ramieniu. Poczekałam,aż przeczyta jeszcze raz i zmazałam zdanie. Mama patrzyła na mnie z dumą. Uśmiechnęłam się do niej przez łzy,które wyleciały z moich oczu.
-Nie przejmuj się nami,to Twoje życie-powiedziała mama bezgłośnie.
Skinęłam głową.
-Kocham Cię Mamo-odpowiedziałam,poruszając tylko ustami.
Czarnowłosy zamknął drzwi władczo i pociągnął mnie do schodów. Wolną ręką wytarłam łzy.
-Radziłbym Ci przemyśleć moją propozycję ślubu w zamian za wolność Twojej rodziny i poddanych-powiedział chłodnym tonem.
Ale jego oczy pełne triumfu mówiły,że właśnie wygrał. Kiedy dotarliśmy pod moje drzwi,bez słowa dotknęłam ściany,a potem weszłam do swojego pokoju. "A może pozwolę Ci zabić wszystkich i poczekam aż umrzesz od wyrzutów sumienia?"-to napisałam na ścianie. Wróciłam do przerwanych
przysiadów. Musiałam się czymś zająć,bo rozpadłabym się na kawałki. Kiedy skończyłam wykonywać wszystkie ćwiczenia,zaczęłam jeszcze raz. Nie pomogło zupełnie. Wyciągnęłam farby i namalowałam zakrwawionego białego królika,który miał dumę w oczach. Wielki płatek śniegu,który się roztrzaskał.
I wreszcie samą siebie w białej zbroi. Czarne spodnie,czarne buty,niebieską bluzkę,na niej białą zbroję. Białe włosy miałam związane w warkocza,który był przerzucony przez prawe ramię. Dumnie opierałam się o swój miecz. Hełm nie zasłaniał twarzy,więc miałam trochę problemu z namalowaniem sobie twarzy. Twarz wyrażała powagę,dumę i miłość do walki. Kilka niesformych kosmyków opadało mi na czoło. W mojej postawie było widać ukrytą siłę. Patrzyłam na swoje dzieło z zachwytem. A potem skuliłam się na fotelu i patrzyłam na obrazy,które sama namalowałam. Zasnęłam po godzinie.
Kiedy się obudziłam,nie byłam sama w pokoju. Na łóżku leżał wyciągnięty jak jaszczurka czarnowłosy. Byłam przykryta ciepłym kocem,ale moje ciało było zimne,podobnie jak moje serce.
-Przyrzeknij-nakazałam cicho.
Usiadł zaskoczony i utkwił we mnie swoje spojrzenie.
-Przyrzeknij,że wyślesz moją rodzinę i poddanych w bezpieczne miejsce. Całych i zdrowych oraz,że zostawisz ich w spokoju-rozwinęłam swoje żądania.
-Przyrzekam,że wyślę ich w bezpieczne miejsce całych i zdrowych oraz zostawię ich w spokoju-przyrzekł.
Widać było gołym okiem,że odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się do mnie-szczęśliwy i pełen energii. W przeciwieństwie do niego daleko mi było do bycia szczęśliwą. Miałam tylko nadzieję,że kiedy dostanie to co chciał da się zmienić. Będzie lepszy. Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Usiadłam i podkuliłam nogi pod brodę,po czym objęłam je rękami. Miałam tylko nadzieję,że stanie się lepszy. Wbiłam wzrok w podłogę i wzięłam kolejny oddech. Czarnowłosy kucnął przede mną i delikatnie podniusł moją głowę do góry bym mogła na niego spojrzeć. Popatrzyłam mu w oczy. Jego lśniące od emocji,moimi lśniącymi od łez.
-Przyjmuję Twoje oświadczyny-oznajmiłam.
Miałam wybór i postąpiłam właściwie-tak mówiło moje serce. Rozum mówił,że jestem głupia zgadzając się na ślub. Zawsze kierowałam się rozumem i sercem,ale kiedy się kłuciły sięgałam rady rodziców. Oboje mówili,żebym w takich wypadkach słuchała serca. I posłuchałam. Jeśli się nie zmieni zawsze mogę uciec albo coś w tym stylu. Bałam się myśleć co bym zrobiła,gdyby jednak się zmienił na lepsze. Nie miałam pojęcia i to mnie przerażało. Skok w nieznane. Pocałował mnie delikatnie,pytająco. Odpowiedziałam na pocałunek. Nie miałam siły i było mi tak zimno! Dotknęłam niepewnie dłonią jego policzka. Przerwał pocałunek i dotknął otwartą dłonią mojego czoła. Jego dłoń była ciepła.
-Masz gorączkę-oznajmił lekko zaniepokojony.
Wstał,odrzucił koc i wziął mnie delikatnie na ręce. To by wyjaśniało dlaczego nie mam siły i jest mi zimno,chociaż w pokoju było ciepło. Wybiegł z pokoju ze mną na rękach i warknął coś do strażnika. Tamten skinął głową i pobiegł gdzieś. Czarnowłosy otworzył jakieś drzwi,a ja walczyłam o zachowanie przytomności i ostrości wzroku. Przymknęłam oczy kiedy położył mnie na czymś miękkim i ciepłym. Ukląkł przede mną zasłaniając ogień trzaskający w dużym kominku.
-Nie zasypiaj-poprosił,patrząc na mnie przestraszony.
Skinęłam ledwie zauważalnie głową. Pocałował mnie w czoło i wziął za rękę. Po kilku sekundach jakiś staruszek kazał mu się odsunąć ode mnie. Zrobił to niechętnie,ale się nie sprzeczał. Podłożył do kominka. Dopiero po chwili się zorientowałam,że starszy człowiek to troll-uzdrowiciel. Był zaprzyjaźniony z rodzicami. Lubiłam go i byłam mu wdzięczna,że chce mi pomóc. Położył coś na moim czole,przykrył mnie puchatym niebieskim kocem i kazał walczyć z chorobą. Zamrugałam dwa razy powiekami i zapadłam się w ciemność.
-Przestań mnie ignorować i porozmawiaj ze mną!-warknął z fotela.
Otworzyłam okno za pomocą mocy-nie przestawając robić brzuszków. Lodowaty wiatr wpadł do mojego pokoju.
-Co to ma znaczyć? Nie zamierzasz ze mną rozmawiać?-zapytał zdziwiony-Zachowujesz się jak dziecko-oznajmił.
Wzruszyłam ramionami przy kolejnym brzuszku. Wojownik z tacą zapukał trzy razy i wszedł. Chyba wiedział,że jest tu jego pan od siedmiu boleści. Rzucił mi współczujące spojrzenie,położył tacę na stoliku,ukłonił się czarnowłosemu i odwrócił się ruszając do drzwi.
-Nie musisz pukać-oznajmiłam mu cicho.
Skinął głową wychodząc. Kiedy doszłam do stu przestałam robić brzuszki. Zrobiłam ćwiczenie rozluźniające mięśnie i wstałam z podłogi. Usiadłam na krześle,naprzeciwko niego i zaczęłam jeść-zupełnie go ignorując. Szlag go trafił dopiero jak zjadłam i zaczęłam robić przysiady.
-Masz natychmiast przestać ćwiczyć!!!-krzyknął czerwony na twarzy.
Rzuciłam mu rozbawione spojrzenie,ale nie przestałam robić przysiadów. Błyskawicznie znalazł się naprzeciwko mnie i złapał mnie za ramiona dość boleśnie. Spojrzałam wymownie na jego ręce,ale się nie odezwałam.
-Odezwij się-nakazał niskim,złowrogim głosem.
Skrzyżowałam ręce pod piersiami,popatrzyłam mu w twarz i uniosłam jedną brew. Komunikat była jasny: Nie. I co zrobisz?. Szybko go odczytał. Zacisnął mocniej prawą rękę,lewą puścił i odwrócił się do drzwi. Ruszył ciągnąc mnie za sobą. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz,a ja za nim. Tam gdzie stawiałam kroki zostawał szron. Napisałam na ścianie przed nami: Humorek Ci nie dopisuje?. Zacisnął mocniej palce na moim lewym ramieniu.
-To Tobie zaraz nie dopisze-warknął w odpowiedzi.
Prychnęłam pogardliwie w odpowiedzi. Przeszliśmy jeszcze dwa korytarze na niższym poziomie i zatrzymaliśmy się przed jedną z wielu cel dla magicznych więźniów skazanych na więzienie przez moich rodziców. Otworzył drzwi i zobaczyłam zakrwawioną mamę. O mało nie upadłam. Na szczęście czarnowłosy ani na chwilę nie poluźnił uścisku na moim biednym ramieniu. Przerażona patrzyła na czarnowłosego. Była przywiązana do metalowego krzesła,a z jej świeżych ran ciekła krew. Jej suknia już nie była jasnoniebieska tylko czerwono-bordowa. Jęknęłam na jej widok i zaskoczona mama przeniosła wzrok na mnie. Białe włosy opadały teraz czerwone i w strąkach na jej chudą twarz,ale nadal była piękna. Wyraźnie odetchnęła z ulgą.
-No więc?-zapytał czarnowłosy,przyglądając mi się.
Popatrzyłam na niego miażdżąco i przeniosłam wzrok na ścianę za zmaltretowaną mamą. Na ścianie pojawiało się szronowe zdanie. "Torturując moją rodzinę tylko umacniasz mnie w przekonaniu,że jesteś potworem". Bo taka była prawda. Zacisnął palce jeszcze mocniej na moim ramieniu. Poczekałam,aż przeczyta jeszcze raz i zmazałam zdanie. Mama patrzyła na mnie z dumą. Uśmiechnęłam się do niej przez łzy,które wyleciały z moich oczu.
-Nie przejmuj się nami,to Twoje życie-powiedziała mama bezgłośnie.
Skinęłam głową.
-Kocham Cię Mamo-odpowiedziałam,poruszając tylko ustami.
Czarnowłosy zamknął drzwi władczo i pociągnął mnie do schodów. Wolną ręką wytarłam łzy.
-Radziłbym Ci przemyśleć moją propozycję ślubu w zamian za wolność Twojej rodziny i poddanych-powiedział chłodnym tonem.
Ale jego oczy pełne triumfu mówiły,że właśnie wygrał. Kiedy dotarliśmy pod moje drzwi,bez słowa dotknęłam ściany,a potem weszłam do swojego pokoju. "A może pozwolę Ci zabić wszystkich i poczekam aż umrzesz od wyrzutów sumienia?"-to napisałam na ścianie. Wróciłam do przerwanych
przysiadów. Musiałam się czymś zająć,bo rozpadłabym się na kawałki. Kiedy skończyłam wykonywać wszystkie ćwiczenia,zaczęłam jeszcze raz. Nie pomogło zupełnie. Wyciągnęłam farby i namalowałam zakrwawionego białego królika,który miał dumę w oczach. Wielki płatek śniegu,który się roztrzaskał.
I wreszcie samą siebie w białej zbroi. Czarne spodnie,czarne buty,niebieską bluzkę,na niej białą zbroję. Białe włosy miałam związane w warkocza,który był przerzucony przez prawe ramię. Dumnie opierałam się o swój miecz. Hełm nie zasłaniał twarzy,więc miałam trochę problemu z namalowaniem sobie twarzy. Twarz wyrażała powagę,dumę i miłość do walki. Kilka niesformych kosmyków opadało mi na czoło. W mojej postawie było widać ukrytą siłę. Patrzyłam na swoje dzieło z zachwytem. A potem skuliłam się na fotelu i patrzyłam na obrazy,które sama namalowałam. Zasnęłam po godzinie.
Kiedy się obudziłam,nie byłam sama w pokoju. Na łóżku leżał wyciągnięty jak jaszczurka czarnowłosy. Byłam przykryta ciepłym kocem,ale moje ciało było zimne,podobnie jak moje serce.
-Przyrzeknij-nakazałam cicho.
Usiadł zaskoczony i utkwił we mnie swoje spojrzenie.
-Przyrzeknij,że wyślesz moją rodzinę i poddanych w bezpieczne miejsce. Całych i zdrowych oraz,że zostawisz ich w spokoju-rozwinęłam swoje żądania.
-Przyrzekam,że wyślę ich w bezpieczne miejsce całych i zdrowych oraz zostawię ich w spokoju-przyrzekł.
Widać było gołym okiem,że odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się do mnie-szczęśliwy i pełen energii. W przeciwieństwie do niego daleko mi było do bycia szczęśliwą. Miałam tylko nadzieję,że kiedy dostanie to co chciał da się zmienić. Będzie lepszy. Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Usiadłam i podkuliłam nogi pod brodę,po czym objęłam je rękami. Miałam tylko nadzieję,że stanie się lepszy. Wbiłam wzrok w podłogę i wzięłam kolejny oddech. Czarnowłosy kucnął przede mną i delikatnie podniusł moją głowę do góry bym mogła na niego spojrzeć. Popatrzyłam mu w oczy. Jego lśniące od emocji,moimi lśniącymi od łez.
-Przyjmuję Twoje oświadczyny-oznajmiłam.
Miałam wybór i postąpiłam właściwie-tak mówiło moje serce. Rozum mówił,że jestem głupia zgadzając się na ślub. Zawsze kierowałam się rozumem i sercem,ale kiedy się kłuciły sięgałam rady rodziców. Oboje mówili,żebym w takich wypadkach słuchała serca. I posłuchałam. Jeśli się nie zmieni zawsze mogę uciec albo coś w tym stylu. Bałam się myśleć co bym zrobiła,gdyby jednak się zmienił na lepsze. Nie miałam pojęcia i to mnie przerażało. Skok w nieznane. Pocałował mnie delikatnie,pytająco. Odpowiedziałam na pocałunek. Nie miałam siły i było mi tak zimno! Dotknęłam niepewnie dłonią jego policzka. Przerwał pocałunek i dotknął otwartą dłonią mojego czoła. Jego dłoń była ciepła.
-Masz gorączkę-oznajmił lekko zaniepokojony.
Wstał,odrzucił koc i wziął mnie delikatnie na ręce. To by wyjaśniało dlaczego nie mam siły i jest mi zimno,chociaż w pokoju było ciepło. Wybiegł z pokoju ze mną na rękach i warknął coś do strażnika. Tamten skinął głową i pobiegł gdzieś. Czarnowłosy otworzył jakieś drzwi,a ja walczyłam o zachowanie przytomności i ostrości wzroku. Przymknęłam oczy kiedy położył mnie na czymś miękkim i ciepłym. Ukląkł przede mną zasłaniając ogień trzaskający w dużym kominku.
-Nie zasypiaj-poprosił,patrząc na mnie przestraszony.
Skinęłam ledwie zauważalnie głową. Pocałował mnie w czoło i wziął za rękę. Po kilku sekundach jakiś staruszek kazał mu się odsunąć ode mnie. Zrobił to niechętnie,ale się nie sprzeczał. Podłożył do kominka. Dopiero po chwili się zorientowałam,że starszy człowiek to troll-uzdrowiciel. Był zaprzyjaźniony z rodzicami. Lubiłam go i byłam mu wdzięczna,że chce mi pomóc. Położył coś na moim czole,przykrył mnie puchatym niebieskim kocem i kazał walczyć z chorobą. Zamrugałam dwa razy powiekami i zapadłam się w ciemność.
Rozdział Czwarty.
***~Tessa~***
Byłam przerażona. Ktoś napadł na zamek Królowej Jesieni. Chłopcy w moim wieku i trochę starsi. Wszyscy czarnowłosi i uzbrojeni w miecze i sztylety. Nory jak nie było tak nie ma. Nie działała na nich żadna magia,co oznaczało,że nie są zwykłymi ludźmi. Walka trwała w najlepsze,a ja ukrywałam się jak kilka innych dziewcząt pod stołem zakrytym długim obrusem. Cała się trzęsłam i miałam łzy w oczach. Nie wiedziałam co robić. Tak strasznie się bałam. Ktoś chwycił mnie za ramię i wyciągnął spod stołu. Krzyknęłam przerażona. Byłam beznadziejna w walce. Nie miałam żadnych szans z czarnowłosym chłopakiem starszym ode mnie o rok z mieczem przystawionym mi do gardła. Stałam przed nim nieruchomo,zbyt przerażona by się ruszyć.
***~Nora~***
-Spróbuj z kimś mniej bezbronnym-warknęłam na czarnowłosego chłopaka,który przystawiał miecz do szyi mojej siostry.
Zaatakowałam go zanim zrobił cokolwiek. Kopnęłam go w brzuch z całej siły. Zachwiał się i cofnął o pięć kroków do tyłu. Zasłoniłam własnym ciałem Tessę i podałam jej wolną ręką hełm. Ubrała
go niezdarnie i zanurkowała z powrotem pod stół. Chłopak zaatakował,ale zdążyłam zrobić unik zanim odciąłby mi głowę. Odparowałam kolejny jego cios jednocześnie kopiąc go w kroczę. Zwinął się na podłodze,ale zanim zdążyłam coś zrobić Tessa krzyknęła,że następny jest za moimi plecami. Odwróciłam się błyskawicznie,robiąc krok w tył. Zablokowałam cięcie w ramię i kopnęłam przeciwnika w to samo miejsce co wcześniejszego tylko o wiele mocniej. Byłam wściekła na Damona,na siebie i na czarnowłosych chłopaków,którzy pojawili się znikąd i zaatakowali. Bardzo szybko znachodziłam następnych przeciwników.
W końcu zaczęli się wycofywać. Byłam trochę zmęczona,ale i szczęśliwa. Walczyłam! I wygraliśmy! Skakać to sobie nie poskakałam,bo Ken kazał mi usiąść i się nie ruszać. Aston podał mu apteczkę,a ten od razu ją wziął i wyciągnął wodę utlenioną i bandaże. Teraz dopiero sobie uświadomiłam,że piecze mnie ramię. Miałam dużą ranę ciągnącą się od łokcia,aż do ramienia. Zabolało jak ją oczyścił i zabandarzował,ale nawet się nie skrzywiłam. Rana nie była,aż tak poważna,więc nie trzeba było ją szyć. Cieszyłam się,że to lewa ręka,a nie prawa bo byłabym unieruchomiona. A tak to przy najmniej mogłam się bronić,bronić siostry. Opuściliśmy zamek jako drudzy,kilka minut po Księżniczce Fionie. Ken pomógł mi wsiąść na konia i cały czas się pytał czy dobrze się czuję. Cierpliwie odpowiadałam,że tak. Nic mi nie było! Kiedy tylko Tessa zapakowała się do powozu, ruszyliśmy.
Kiedy dojechaliśmy do naszego zamku,napięta atmosfera znikła. Zsiadłam z konia i zaprowadziłam go do stajni. Od siodłałam i nakarmiłam. Potem poczekałam na resztę razem z Tessą.
-Walczyłaś jak prawdziwa strażniczka-oznajmiła z wielkim uśmiechem,trącając mnie biodrem.
-Ja jestem prawdziwą strażniczką-odpowiedziałam z równie wielkim uśmiechem,trącając ją biodrem-Nawet się nie zorientowałam,że ktoś mnie zranił. Walka mnie wciągnęła-dodałam.
-Zaskoczyli nas-westchnęła-Gdzie byłaś jak walka się zaczęła?-zapytała.
Zarumieniłam się z zawstydzenia.
-Miałam na głowie Damona. Nie będę pokazywać palcem kto mnie w to wrobił-odpowiedziałam-Sporo czasu zajęło mi obezwładnienie go-dodałam poważniejąc.
-Całowaliście się-stwierdziła po prostu.
-Nie-zaprzeczyłam-To on miażdżył mi usta-dodałam,widząc jak otwiera usta.
Zobaczyłam,że strażnicy wracają.
-Opowiem Ci o tym później-szepnęłam cicho,kończąc temat.
-Z całą pewnością mi to opowiesz,ze szczegółami-odszepnęła.
Wzniosłam oczy do nieba.
-Jak mama się dowie,że zostałam ranna to padnie-stwierdziłam z uśmiechem.
-Najpierw wrzaśnie-oznajmiła Tessa.
-Zobaczymy-mruknęłam,wchodząc pierwsza.
W zamku było cicho jak nigdy. Nie zastanowiło mnie to. Pewnie jedli już śniadanie. Ruszyłam korytarzem i stanęłam przed drzwiami. Popchnęłam jeden bok drzwi i weszłam do pustej jadalni. Zmarszczyłam brwi zdziwiona,że ich nie ma. Czyżby znowu pojechali gdzieś nie zawiadamiając nas o tym? Zapewne. Albo może są jeszcze w sali obrad,albo mają audiencję. Wyszłam z jadalni i poszłam do sali obrad.
-Nie uwieży....-zaczęłam,ale zaraz przerwałam zaskoczona bałaganem-Wow,nawet ja nie mam takiego bałaganu w pokoju-mruknęłam.
Wszystko było poprzewracane,zbite i połamane. Normalnie szczęka mi opadła-nie dosłownie. Widziałam nieraz mamę w akcji,potrafiła zrobić lepszy bałagan,ale to wyglądało jakby ktoś ich zaatakował.
-Tessa!!!-krzyknęłam,odwracając się.
Zamarłam w bezruchu. Byłam zdziwiona widokiem chłopaka o czarnych włosach i złotych oczach. Był wyższy ode mnie i zapewne silniejszy. Opierał się o framugę drzwi ze skrzyżowanymi rękami i przyglądał mi się. Aurę miał złowrogą,więc nie dałam się zwieść jego postawie.
-Kim jesteś i gdzie są moi rodzice?-zapytałam,rozglądając się czujnie.
Miał dużo czasu na zaatakowanie zamku. Tylko czemu wszędzie jest tak samo,tylko nie tu? Zaatakował z zaskoczenia tak jak w Krainie Jesieni zamek?
-Powinnaś już to dawno rozgryźć-odpowiedział z uśmiechem.
Czas. Potrzebowałam czasu na ucieczkę,albo dostanie się do jakiegoś innego pomieszczenia.
-Mam już swoją wersję wydarzeń-stwierdziłam.
-Chętnie posłucham-odpowiedział.
-Przysłałeś moim rodzicom wiadomość,że przyjedziesz,dlatego tak dziwnie się zachowywali. Oni z kolei wysłali nas do Królowej Jesieni na bal. Wysłałeś tam swój oddział Czarnych Włosów,by przetrzymać nas tam dłużej. Niestety ja wszystko zniszczyłam,bo nie przewidziałeś,że nie lecę na Damona i go unieruchomię na jakiś czas oraz pomogę reszcie i zostanę ranna. Spodziewałeś się,że wrócimy rano. Musiałeś się uporać z kobietą władającą mocą lodu i wojownikiem,ale co tam. Przecież masz armię Czarnych Włosów. Unieruchomiłeś ich i zamknąłeś w lochach albo wywlokłeś do swojej kryjówki,żeby nas nimi szantażować. Zgadłam?-swoją wersję wydarzeń oparłam na faktach.
Po jego minie wywnioskowałam,że jednak zgadłam. Nie wiedziałam tylko gdzie jest jego kryjówka i kim jest. I w jakiej części zgadłam.
- A może zmusiłem ich,by oddali mi koronę i później zabiłem?-zapytał z dziwnym uśmiechem.
-To Twoja wersja wydarzeń-odpowiedziałam-Moja jest lepsza-stwierdziłam po chwili ciszy.
Wreszcie przypomniałam sobie gdzie jest tajne wyjście w podłodze. Pod zamkiem są tunele,które cholernie dobrze znam. Sama w nich błądziłam tyle razy,że nauczyłam się ich na pamięć. W zamku są niezliczone schrony,tunele do nich prowadzą. Wejście jest w końcie po mojej prawej. Zaśmiał się z mojego stwierdzenia.
-Damon na Ciebie leci?-zapytał naprawdę dziwnym głosem.
-Niestety nie odwzajemniam jego uczucia-odpowiedziałam,bo wyczekiwał odpowiedzi.
Znowu się zaśmiał.
-Jak wiesz Król nie może panować bez swojej Królowej...-zaczął,ale mu przerwałam.
-Jeśli to mają być oświadczyny to ich nie przyjmuję. Złóż je jakiejś naiwniejszej dziewczynie-powiedziałam.
Błyskawicznie się schyliłam i szarpnęłam za niewidoczną linę do włazu. Kiedy tylko go odsunęłam,wskoczyłam tam. Czarnowłosy był zdumiony albo tym,że mu odmówiłam,albo tym,że znałam tunele. Nic mnie nie obchodziło. Ważne,że znalazłam się w tunelu głównym. Nie czekając,aż za mną pobiegnie rzuciłam się biegiem w głąb tunelów. Panował tu półmrok i byłam widoczna w białej zbroi,ale nie zwracałam na to uwagi. Skręciłam na pierwszym lepszym rozwidleniu tuneli i przyśpieszyłam. Po drodze się potykałam,ale nie przewróciłam się. Byłam przerażona. Nie znałam wroga,ale mogłam stwierdzić,że był szybki. Miałam nadzieję,że nie zna tuneli i pobiegł w przeciwną stronę,bo jeśli nie...to byłam w pułapce. W tej części było ciemniej i nie miałam tu wyjścia. Mogłam się ukryć w jakimś schronie albo wejść na górę do jakiegoś pokoju co zajełoby mi trochę czasu,bo tu nie ma drabin. Byłam widoczna z daleka i jedynym sposobem,żeby się ukryć było ściągnięcie zbroi. Ale wtedy nie mogłabym się bronić,bo ryzykowałam życiem. Usłyszałam ciężkie kroki za sobą. Jednak znał tunele i teraz świetnie mnie widział. Ominęłam wielki głaz leżący tu od kilku lat i przyśpieszyłam resztkami sił. Nie miałam szans uciec i on dobrze o tym wiedział. Przyśpieszył i dzieliło mnie od niego zaledwie kilka metrów. Odwróciłam głowę w bok,by zobaczyć ile dokładnie metrów nas dzieliło. Tylko trzy. Potknęłam się,ale jeszcze zdążyłam się odwrócić i rąbnęłam całym ciałem o kamienną podłodę. Upadek odebrał mi oddech. Wykorzystując moje oszołomienie,czarnowłosy chłopak zdążył unieruchomić mi ręce,siadając na moich biodrach. Zacisnął swoje palce na moich rękach tuż nad kostkami. Oddychałam ciężko,podobnie jak on. Kiedy mój oddech był prawie w normie,spróbowałam się wyrwać. Niestety nic to nie dało. Był za silny. Byłam zła,a właściwie wściekła. Dlaczego nie uciekłam z zamku? Znałam odpowiedź. Nie mogłam zostawić siostry z tym psychopatą. Nagle przypomniało mi się coś. Jak uciekałam przed kimś. Przed nim,ale mnie złapał i pocałował. Wtedy myślałam,że już zmieniłam przyszłość,ale wcale nie. Nie wtedy. Teraz. Zmieniłam ją teraz. Nie uciekłam do lasu,tylko w głąb tuneli. Przynajmniej unikłam całowania się z nim. Wzdrygnęłam się.
-Złaź natychmiast ze mnie!-krzyknęłam wściekła.
Jedyne co zrobił to pochylił się nade mną. Nasze twarze dzieliły centymetry. Był zły,na razie tylko zły. Jego złote oczy pociemniały,a twarz wyrażała tylko złość i smutek. Jeśli chciał wywołać u mnie poczucie winy to mu się nie udało.
-Nie mam takiego zamieru-syknął przez zaciśnięte zęby.
Jego uścisk na moich rękach się wzmógł i powoli traciłam czucie w palcach. Ból jaki czułam przez jego uscisk był duży,ale bardziej bolały mnie plecy. Zacisnęłam usta w wąską linię,by nie jęknąć z bólu. Oczy mi powoli wilgotniały. Nie zamierzałam przy nim płakać. Nigdy. Zamrugałam szybko powiekami,odganiając łzy. Poluźnił uścisk i wziął kilka głębokich oddechów.
-Nie uciekaj,bo nie uciekniesz,a oszczędzisz mi nerwów i sobie bólu-powiedział.
Nie odpowiedziałam.
-Jak już mówiłem,zostałem Królem,ale nie mogę żądzić bez swojej Królowej,więc postanowiłem,że zostaniesz nią Ty-oznajmił mi.
-Nie będę Twoją Królową-odpowiedziałam.
-Jak wiesz Król może wybrać każdą niezamężną kobietę i nawet na siłę ją poślubić-stwierdził.
Spróbowałam się jeszcze raz uwolnić,ale był za ciężki.
-Musiałabym się zgodzić przed księdzem i ludźmi oraz powiedzieć taką jedną głupią formułkę,a do tego mnie nie zmusisz-odparłam.
-Nawet jeśli uwolnię Twoją siostrę? Rodziców? Nie poświęcisz się dla nich?-zapytał.
Wiedział,że to mój czuły punkt. Każde pytanie bolało.
-Nie jesteś tego wart,a poza tym zabiłeś ich-odpowiedziałam po chwili.
-Są jeszcze żywi-odpowiedział-I to Twoja decyzja może ich zabić albo ocalić-dodał.
-Nie wierzę Ci-oznajmiłam-Nie wypuścisz ich jeśli się zgodzę. Po prostu ich zabijesz po wszystkim i nie piśniesz o tym słówka-dodałam.
-A jeśli przysięgnę?-zapytał.
-Dlaczego Ci na tym tak cholernie zależy?-zapytałam.
-Może Cię kocham i pragnę?-odpowiedział pytaniem na pytanie.
Prychnęłam pogardliwie.
-Może to jest szerokie,długie i głębokie-warknęłam i powiedziałam co sobie może zrobić z tą jego miłością.
Zaśmiał się w odpowiedzi.
-To w Tobię zmienię-oznajmił-Jesteś za pyskata.
-Jedynie co możesz zmienić to siebie i Twoich żałosnych sługusów-odpyskowałam.
-Mylisz się-oznajmił.
-To Ty się mylisz! Nie możesz nikogo zmieniać bez jego zgody! Nie siłą!-krzyknęłam.
-Mogę robić co mi się podoba-warknął.
-Jesteś pomylony!!!!-wrzasnęłam na całe gardło.
Waśnie tak sądziłam. Był pomylony. Moje słowa go zabolały,co było dziwne.
-Mam jeszcze jedną wersję. Jest o Tobie-oznajmiłam po chwili-Chcesz posłuchać?-zapytałam.
-Chętnie-odpowiedział.
-Myślę,że jacyś ludzie Cię mocno i nie przebaczalnie zranili. Może Twoi rodzice,może ktoś inny. Zranili Cię tak głęboko,że postanowiłeś się zemścić i zmieniłeś się. Stałeś się właśnie taki. Podły,zły,cholernie przebiegły...Ale po drodze się pogubiłeś i teraz mścisz się na wszystkich,którzy wejdą Ci w drogę. Po prostu w pewnym momęcie się zgubiłeś w tym wszystkim. Boisz się odrzucenia i nie dajesz innym wyjścia. Po prostu muszą się zgodzić,bo krzywdzisz im kogoś bliskiego,żeby czuli ten sam ból co Ty.
Nie mają innego wyjścia niż zgodzić się na Twoje zachcianki-powiedziałam.
Przez chwilę wyglądał jak smutny,zagubiony chłopak,który wie,że popełnił kilka błędów,ale nie wie jak to odkręcić. Tylko przez chwilę,a potem znowu stał się potworem. Uderzył mnie w twarz z otwartej ręki. Uderzenie było bolesne,ale nie rozcięło mi ust.
-Nigdy więcej tak nie mów-rozkazał wściekły.
-Nie zamierzam się już odzywać do Ciebie-odpowiedziałam,stłumionym przez łzy głosem.
Wstał ze mnie i brutalnie podniusł mnie z kamiennej podłogi. Ruszył w stronę,z której przybiegliśmy-ciągnąc mnie za sobą siłą. Z pewnością napawał się satysfakcją,że może mnie zaciągnąć siłą do mojego własnego zamku. Przez całą drogę stawiałam opór i nie odzywałam się do niego.
Nawet kiedy wepchnął mnie do mojego własnego pokoju. Zamknął drzwi na klucz i postawił strażników. Podeszłam do okna i spojrzałam w dół. Na około zamku też ich postawił. Nikt nie wyjdzie i nie wejdzie bez jego wiedzy. Nie miałam jak uciec,ale mimo wszystko pobiegł za mną. Bał się tracić nad wszystkim kontroli,a ja byłam niekontrolowana. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam czarne spodnie,niebieski podkoszulek z wielkim białym płatkiem śniegu i białe buty do kolan. Odwinęłam bandaż i przemyłam ranę wodą utlenioną,a potem nasmarowałam maścią. Rana już nie krwawiła,ale strasznie bolała. Wyszłam z łazienki i wyciągnęłam farby z półki. Podeszłam do ściany i zaczęłam malować brzydką,przerażającą i podłą bestie. Użyłam czarnego i brązowego koloru. Był nią czarnowłosy. Pod sufitem namalowałam śnieżną sowę przysłaniającą żółte słońce. Obrazy nie były jakieś specjalnie piękne,ale opisywały kawałki z mojego życia. Na chmurze narysowałam małpkę jedzącą kiwi. Małpka była jaskrawopomarańczowa,a kiwi ciemnozielone. Schowałam farbki i pędzle z powrotem do półki. Czułam w sobie pustkę,kiedy narysowałam dzisiejszy dzień. Policzek już nie bolał. Nic mnie już nie bolało oprócz serca. Usiadłam na podłodze i otworzyłam księgę wszystkich królestw. Przerzucałam bez celu strony. Nie wiedziałam czemu tak robię,a potem nagle mnie olśniło. Szukałam czarnowłosego,żeby wiedzieć z kim mam do czynienia,ale jego tam nie było. Nie było go w żadnej księdze. Próbowałam nie usnąć,czytając stare baśnie,ale nie udało mi się. Powieki opadły i zasnęłam.
Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Usiadłam na podłodze i przeciągnęłam się jak kot. Popatrzyłam na ranę,na lewym ramieniu. Powoli się zasklepiała,ale wiedziałam,że będę miała piękną bliznę. Pierwsza blizna na pierwszej walce. Drzwi do pokoju się otworzyły i czarnowłosy wojownik wszedł niosąc tacę z jedzeniem.
-Obiad-oznajmił szorstkim głosem.
Położył tacę na stoliku i wyszedł. Zerknął tylko raz na mnie,a właściwie na moje lewe ramię. Nie przejmowałam się tym. Jeśli zgłosi ranę swojemu panu,nic się nie stanie. Rana sama się zagoi. Zjadłam obiad,prawie się do tego zmuszając. Nie miałam jakiegoś większego planu. Musiałam zacząć ćwiczyć,by być silna i szybka. Zaczęłam od przysiadów,brzuszków i grzbietów. Po trzech godzinach moje mięśnie odmówiły współpracy i siedziałam na fotelu jak szmaciana lalka.
Byłam przerażona. Ktoś napadł na zamek Królowej Jesieni. Chłopcy w moim wieku i trochę starsi. Wszyscy czarnowłosi i uzbrojeni w miecze i sztylety. Nory jak nie było tak nie ma. Nie działała na nich żadna magia,co oznaczało,że nie są zwykłymi ludźmi. Walka trwała w najlepsze,a ja ukrywałam się jak kilka innych dziewcząt pod stołem zakrytym długim obrusem. Cała się trzęsłam i miałam łzy w oczach. Nie wiedziałam co robić. Tak strasznie się bałam. Ktoś chwycił mnie za ramię i wyciągnął spod stołu. Krzyknęłam przerażona. Byłam beznadziejna w walce. Nie miałam żadnych szans z czarnowłosym chłopakiem starszym ode mnie o rok z mieczem przystawionym mi do gardła. Stałam przed nim nieruchomo,zbyt przerażona by się ruszyć.
***~Nora~***
-Spróbuj z kimś mniej bezbronnym-warknęłam na czarnowłosego chłopaka,który przystawiał miecz do szyi mojej siostry.
Zaatakowałam go zanim zrobił cokolwiek. Kopnęłam go w brzuch z całej siły. Zachwiał się i cofnął o pięć kroków do tyłu. Zasłoniłam własnym ciałem Tessę i podałam jej wolną ręką hełm. Ubrała
go niezdarnie i zanurkowała z powrotem pod stół. Chłopak zaatakował,ale zdążyłam zrobić unik zanim odciąłby mi głowę. Odparowałam kolejny jego cios jednocześnie kopiąc go w kroczę. Zwinął się na podłodze,ale zanim zdążyłam coś zrobić Tessa krzyknęła,że następny jest za moimi plecami. Odwróciłam się błyskawicznie,robiąc krok w tył. Zablokowałam cięcie w ramię i kopnęłam przeciwnika w to samo miejsce co wcześniejszego tylko o wiele mocniej. Byłam wściekła na Damona,na siebie i na czarnowłosych chłopaków,którzy pojawili się znikąd i zaatakowali. Bardzo szybko znachodziłam następnych przeciwników.
W końcu zaczęli się wycofywać. Byłam trochę zmęczona,ale i szczęśliwa. Walczyłam! I wygraliśmy! Skakać to sobie nie poskakałam,bo Ken kazał mi usiąść i się nie ruszać. Aston podał mu apteczkę,a ten od razu ją wziął i wyciągnął wodę utlenioną i bandaże. Teraz dopiero sobie uświadomiłam,że piecze mnie ramię. Miałam dużą ranę ciągnącą się od łokcia,aż do ramienia. Zabolało jak ją oczyścił i zabandarzował,ale nawet się nie skrzywiłam. Rana nie była,aż tak poważna,więc nie trzeba było ją szyć. Cieszyłam się,że to lewa ręka,a nie prawa bo byłabym unieruchomiona. A tak to przy najmniej mogłam się bronić,bronić siostry. Opuściliśmy zamek jako drudzy,kilka minut po Księżniczce Fionie. Ken pomógł mi wsiąść na konia i cały czas się pytał czy dobrze się czuję. Cierpliwie odpowiadałam,że tak. Nic mi nie było! Kiedy tylko Tessa zapakowała się do powozu, ruszyliśmy.
Kiedy dojechaliśmy do naszego zamku,napięta atmosfera znikła. Zsiadłam z konia i zaprowadziłam go do stajni. Od siodłałam i nakarmiłam. Potem poczekałam na resztę razem z Tessą.
-Walczyłaś jak prawdziwa strażniczka-oznajmiła z wielkim uśmiechem,trącając mnie biodrem.
-Ja jestem prawdziwą strażniczką-odpowiedziałam z równie wielkim uśmiechem,trącając ją biodrem-Nawet się nie zorientowałam,że ktoś mnie zranił. Walka mnie wciągnęła-dodałam.
-Zaskoczyli nas-westchnęła-Gdzie byłaś jak walka się zaczęła?-zapytała.
Zarumieniłam się z zawstydzenia.
-Miałam na głowie Damona. Nie będę pokazywać palcem kto mnie w to wrobił-odpowiedziałam-Sporo czasu zajęło mi obezwładnienie go-dodałam poważniejąc.
-Całowaliście się-stwierdziła po prostu.
-Nie-zaprzeczyłam-To on miażdżył mi usta-dodałam,widząc jak otwiera usta.
Zobaczyłam,że strażnicy wracają.
-Opowiem Ci o tym później-szepnęłam cicho,kończąc temat.
-Z całą pewnością mi to opowiesz,ze szczegółami-odszepnęła.
Wzniosłam oczy do nieba.
-Jak mama się dowie,że zostałam ranna to padnie-stwierdziłam z uśmiechem.
-Najpierw wrzaśnie-oznajmiła Tessa.
-Zobaczymy-mruknęłam,wchodząc pierwsza.
W zamku było cicho jak nigdy. Nie zastanowiło mnie to. Pewnie jedli już śniadanie. Ruszyłam korytarzem i stanęłam przed drzwiami. Popchnęłam jeden bok drzwi i weszłam do pustej jadalni. Zmarszczyłam brwi zdziwiona,że ich nie ma. Czyżby znowu pojechali gdzieś nie zawiadamiając nas o tym? Zapewne. Albo może są jeszcze w sali obrad,albo mają audiencję. Wyszłam z jadalni i poszłam do sali obrad.
-Nie uwieży....-zaczęłam,ale zaraz przerwałam zaskoczona bałaganem-Wow,nawet ja nie mam takiego bałaganu w pokoju-mruknęłam.
Wszystko było poprzewracane,zbite i połamane. Normalnie szczęka mi opadła-nie dosłownie. Widziałam nieraz mamę w akcji,potrafiła zrobić lepszy bałagan,ale to wyglądało jakby ktoś ich zaatakował.
-Tessa!!!-krzyknęłam,odwracając się.
Zamarłam w bezruchu. Byłam zdziwiona widokiem chłopaka o czarnych włosach i złotych oczach. Był wyższy ode mnie i zapewne silniejszy. Opierał się o framugę drzwi ze skrzyżowanymi rękami i przyglądał mi się. Aurę miał złowrogą,więc nie dałam się zwieść jego postawie.
-Kim jesteś i gdzie są moi rodzice?-zapytałam,rozglądając się czujnie.
Miał dużo czasu na zaatakowanie zamku. Tylko czemu wszędzie jest tak samo,tylko nie tu? Zaatakował z zaskoczenia tak jak w Krainie Jesieni zamek?
-Powinnaś już to dawno rozgryźć-odpowiedział z uśmiechem.
Czas. Potrzebowałam czasu na ucieczkę,albo dostanie się do jakiegoś innego pomieszczenia.
-Mam już swoją wersję wydarzeń-stwierdziłam.
-Chętnie posłucham-odpowiedział.
-Przysłałeś moim rodzicom wiadomość,że przyjedziesz,dlatego tak dziwnie się zachowywali. Oni z kolei wysłali nas do Królowej Jesieni na bal. Wysłałeś tam swój oddział Czarnych Włosów,by przetrzymać nas tam dłużej. Niestety ja wszystko zniszczyłam,bo nie przewidziałeś,że nie lecę na Damona i go unieruchomię na jakiś czas oraz pomogę reszcie i zostanę ranna. Spodziewałeś się,że wrócimy rano. Musiałeś się uporać z kobietą władającą mocą lodu i wojownikiem,ale co tam. Przecież masz armię Czarnych Włosów. Unieruchomiłeś ich i zamknąłeś w lochach albo wywlokłeś do swojej kryjówki,żeby nas nimi szantażować. Zgadłam?-swoją wersję wydarzeń oparłam na faktach.
Po jego minie wywnioskowałam,że jednak zgadłam. Nie wiedziałam tylko gdzie jest jego kryjówka i kim jest. I w jakiej części zgadłam.
- A może zmusiłem ich,by oddali mi koronę i później zabiłem?-zapytał z dziwnym uśmiechem.
-To Twoja wersja wydarzeń-odpowiedziałam-Moja jest lepsza-stwierdziłam po chwili ciszy.
Wreszcie przypomniałam sobie gdzie jest tajne wyjście w podłodze. Pod zamkiem są tunele,które cholernie dobrze znam. Sama w nich błądziłam tyle razy,że nauczyłam się ich na pamięć. W zamku są niezliczone schrony,tunele do nich prowadzą. Wejście jest w końcie po mojej prawej. Zaśmiał się z mojego stwierdzenia.
-Damon na Ciebie leci?-zapytał naprawdę dziwnym głosem.
-Niestety nie odwzajemniam jego uczucia-odpowiedziałam,bo wyczekiwał odpowiedzi.
Znowu się zaśmiał.
-Jak wiesz Król nie może panować bez swojej Królowej...-zaczął,ale mu przerwałam.
-Jeśli to mają być oświadczyny to ich nie przyjmuję. Złóż je jakiejś naiwniejszej dziewczynie-powiedziałam.
Błyskawicznie się schyliłam i szarpnęłam za niewidoczną linę do włazu. Kiedy tylko go odsunęłam,wskoczyłam tam. Czarnowłosy był zdumiony albo tym,że mu odmówiłam,albo tym,że znałam tunele. Nic mnie nie obchodziło. Ważne,że znalazłam się w tunelu głównym. Nie czekając,aż za mną pobiegnie rzuciłam się biegiem w głąb tunelów. Panował tu półmrok i byłam widoczna w białej zbroi,ale nie zwracałam na to uwagi. Skręciłam na pierwszym lepszym rozwidleniu tuneli i przyśpieszyłam. Po drodze się potykałam,ale nie przewróciłam się. Byłam przerażona. Nie znałam wroga,ale mogłam stwierdzić,że był szybki. Miałam nadzieję,że nie zna tuneli i pobiegł w przeciwną stronę,bo jeśli nie...to byłam w pułapce. W tej części było ciemniej i nie miałam tu wyjścia. Mogłam się ukryć w jakimś schronie albo wejść na górę do jakiegoś pokoju co zajełoby mi trochę czasu,bo tu nie ma drabin. Byłam widoczna z daleka i jedynym sposobem,żeby się ukryć było ściągnięcie zbroi. Ale wtedy nie mogłabym się bronić,bo ryzykowałam życiem. Usłyszałam ciężkie kroki za sobą. Jednak znał tunele i teraz świetnie mnie widział. Ominęłam wielki głaz leżący tu od kilku lat i przyśpieszyłam resztkami sił. Nie miałam szans uciec i on dobrze o tym wiedział. Przyśpieszył i dzieliło mnie od niego zaledwie kilka metrów. Odwróciłam głowę w bok,by zobaczyć ile dokładnie metrów nas dzieliło. Tylko trzy. Potknęłam się,ale jeszcze zdążyłam się odwrócić i rąbnęłam całym ciałem o kamienną podłodę. Upadek odebrał mi oddech. Wykorzystując moje oszołomienie,czarnowłosy chłopak zdążył unieruchomić mi ręce,siadając na moich biodrach. Zacisnął swoje palce na moich rękach tuż nad kostkami. Oddychałam ciężko,podobnie jak on. Kiedy mój oddech był prawie w normie,spróbowałam się wyrwać. Niestety nic to nie dało. Był za silny. Byłam zła,a właściwie wściekła. Dlaczego nie uciekłam z zamku? Znałam odpowiedź. Nie mogłam zostawić siostry z tym psychopatą. Nagle przypomniało mi się coś. Jak uciekałam przed kimś. Przed nim,ale mnie złapał i pocałował. Wtedy myślałam,że już zmieniłam przyszłość,ale wcale nie. Nie wtedy. Teraz. Zmieniłam ją teraz. Nie uciekłam do lasu,tylko w głąb tuneli. Przynajmniej unikłam całowania się z nim. Wzdrygnęłam się.
-Złaź natychmiast ze mnie!-krzyknęłam wściekła.
Jedyne co zrobił to pochylił się nade mną. Nasze twarze dzieliły centymetry. Był zły,na razie tylko zły. Jego złote oczy pociemniały,a twarz wyrażała tylko złość i smutek. Jeśli chciał wywołać u mnie poczucie winy to mu się nie udało.
-Nie mam takiego zamieru-syknął przez zaciśnięte zęby.
Jego uścisk na moich rękach się wzmógł i powoli traciłam czucie w palcach. Ból jaki czułam przez jego uscisk był duży,ale bardziej bolały mnie plecy. Zacisnęłam usta w wąską linię,by nie jęknąć z bólu. Oczy mi powoli wilgotniały. Nie zamierzałam przy nim płakać. Nigdy. Zamrugałam szybko powiekami,odganiając łzy. Poluźnił uścisk i wziął kilka głębokich oddechów.
-Nie uciekaj,bo nie uciekniesz,a oszczędzisz mi nerwów i sobie bólu-powiedział.
Nie odpowiedziałam.
-Jak już mówiłem,zostałem Królem,ale nie mogę żądzić bez swojej Królowej,więc postanowiłem,że zostaniesz nią Ty-oznajmił mi.
-Nie będę Twoją Królową-odpowiedziałam.
-Jak wiesz Król może wybrać każdą niezamężną kobietę i nawet na siłę ją poślubić-stwierdził.
Spróbowałam się jeszcze raz uwolnić,ale był za ciężki.
-Musiałabym się zgodzić przed księdzem i ludźmi oraz powiedzieć taką jedną głupią formułkę,a do tego mnie nie zmusisz-odparłam.
-Nawet jeśli uwolnię Twoją siostrę? Rodziców? Nie poświęcisz się dla nich?-zapytał.
Wiedział,że to mój czuły punkt. Każde pytanie bolało.
-Nie jesteś tego wart,a poza tym zabiłeś ich-odpowiedziałam po chwili.
-Są jeszcze żywi-odpowiedział-I to Twoja decyzja może ich zabić albo ocalić-dodał.
-Nie wierzę Ci-oznajmiłam-Nie wypuścisz ich jeśli się zgodzę. Po prostu ich zabijesz po wszystkim i nie piśniesz o tym słówka-dodałam.
-A jeśli przysięgnę?-zapytał.
-Dlaczego Ci na tym tak cholernie zależy?-zapytałam.
-Może Cię kocham i pragnę?-odpowiedział pytaniem na pytanie.
Prychnęłam pogardliwie.
-Może to jest szerokie,długie i głębokie-warknęłam i powiedziałam co sobie może zrobić z tą jego miłością.
Zaśmiał się w odpowiedzi.
-To w Tobię zmienię-oznajmił-Jesteś za pyskata.
-Jedynie co możesz zmienić to siebie i Twoich żałosnych sługusów-odpyskowałam.
-Mylisz się-oznajmił.
-To Ty się mylisz! Nie możesz nikogo zmieniać bez jego zgody! Nie siłą!-krzyknęłam.
-Mogę robić co mi się podoba-warknął.
-Jesteś pomylony!!!!-wrzasnęłam na całe gardło.
Waśnie tak sądziłam. Był pomylony. Moje słowa go zabolały,co było dziwne.
-Mam jeszcze jedną wersję. Jest o Tobie-oznajmiłam po chwili-Chcesz posłuchać?-zapytałam.
-Chętnie-odpowiedział.
-Myślę,że jacyś ludzie Cię mocno i nie przebaczalnie zranili. Może Twoi rodzice,może ktoś inny. Zranili Cię tak głęboko,że postanowiłeś się zemścić i zmieniłeś się. Stałeś się właśnie taki. Podły,zły,cholernie przebiegły...Ale po drodze się pogubiłeś i teraz mścisz się na wszystkich,którzy wejdą Ci w drogę. Po prostu w pewnym momęcie się zgubiłeś w tym wszystkim. Boisz się odrzucenia i nie dajesz innym wyjścia. Po prostu muszą się zgodzić,bo krzywdzisz im kogoś bliskiego,żeby czuli ten sam ból co Ty.
Nie mają innego wyjścia niż zgodzić się na Twoje zachcianki-powiedziałam.
Przez chwilę wyglądał jak smutny,zagubiony chłopak,który wie,że popełnił kilka błędów,ale nie wie jak to odkręcić. Tylko przez chwilę,a potem znowu stał się potworem. Uderzył mnie w twarz z otwartej ręki. Uderzenie było bolesne,ale nie rozcięło mi ust.
-Nigdy więcej tak nie mów-rozkazał wściekły.
-Nie zamierzam się już odzywać do Ciebie-odpowiedziałam,stłumionym przez łzy głosem.
Wstał ze mnie i brutalnie podniusł mnie z kamiennej podłogi. Ruszył w stronę,z której przybiegliśmy-ciągnąc mnie za sobą siłą. Z pewnością napawał się satysfakcją,że może mnie zaciągnąć siłą do mojego własnego zamku. Przez całą drogę stawiałam opór i nie odzywałam się do niego.
Nawet kiedy wepchnął mnie do mojego własnego pokoju. Zamknął drzwi na klucz i postawił strażników. Podeszłam do okna i spojrzałam w dół. Na około zamku też ich postawił. Nikt nie wyjdzie i nie wejdzie bez jego wiedzy. Nie miałam jak uciec,ale mimo wszystko pobiegł za mną. Bał się tracić nad wszystkim kontroli,a ja byłam niekontrolowana. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam czarne spodnie,niebieski podkoszulek z wielkim białym płatkiem śniegu i białe buty do kolan. Odwinęłam bandaż i przemyłam ranę wodą utlenioną,a potem nasmarowałam maścią. Rana już nie krwawiła,ale strasznie bolała. Wyszłam z łazienki i wyciągnęłam farby z półki. Podeszłam do ściany i zaczęłam malować brzydką,przerażającą i podłą bestie. Użyłam czarnego i brązowego koloru. Był nią czarnowłosy. Pod sufitem namalowałam śnieżną sowę przysłaniającą żółte słońce. Obrazy nie były jakieś specjalnie piękne,ale opisywały kawałki z mojego życia. Na chmurze narysowałam małpkę jedzącą kiwi. Małpka była jaskrawopomarańczowa,a kiwi ciemnozielone. Schowałam farbki i pędzle z powrotem do półki. Czułam w sobie pustkę,kiedy narysowałam dzisiejszy dzień. Policzek już nie bolał. Nic mnie już nie bolało oprócz serca. Usiadłam na podłodze i otworzyłam księgę wszystkich królestw. Przerzucałam bez celu strony. Nie wiedziałam czemu tak robię,a potem nagle mnie olśniło. Szukałam czarnowłosego,żeby wiedzieć z kim mam do czynienia,ale jego tam nie było. Nie było go w żadnej księdze. Próbowałam nie usnąć,czytając stare baśnie,ale nie udało mi się. Powieki opadły i zasnęłam.
Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Usiadłam na podłodze i przeciągnęłam się jak kot. Popatrzyłam na ranę,na lewym ramieniu. Powoli się zasklepiała,ale wiedziałam,że będę miała piękną bliznę. Pierwsza blizna na pierwszej walce. Drzwi do pokoju się otworzyły i czarnowłosy wojownik wszedł niosąc tacę z jedzeniem.
-Obiad-oznajmił szorstkim głosem.
Położył tacę na stoliku i wyszedł. Zerknął tylko raz na mnie,a właściwie na moje lewe ramię. Nie przejmowałam się tym. Jeśli zgłosi ranę swojemu panu,nic się nie stanie. Rana sama się zagoi. Zjadłam obiad,prawie się do tego zmuszając. Nie miałam jakiegoś większego planu. Musiałam zacząć ćwiczyć,by być silna i szybka. Zaczęłam od przysiadów,brzuszków i grzbietów. Po trzech godzinach moje mięśnie odmówiły współpracy i siedziałam na fotelu jak szmaciana lalka.
Rozdział Trzeci.
***~Damon~***
Nie mogłem doczekać się spotkania z Norą,zwłaszcza,że nie mogłaby nic zrobić. W końcu jest na dyplomacji u nas. Moja matka siedziała na krześle przy okrągłym stole w Sali Porozumień i cierpliwie czekała na Księżniczkę. Ja siedziałem obok niej i wierciłem się na krześle,co ją irytowało.
-Nie wierć się-warknęła na mnie-Już idą-dodała kiedy usłyszeliśmy kroki.
Znieruchomiałem i obserwowałem drzwi. Uchyliły się i pierwszy wszedł posłaniec. Za nim weszła księżniczka w niebieskiej sukience,a za nią po obu stronach,trzy kroki za nią weszła dwójka strażników. Mężczyzna i kobieta. Mężczyzna był wysoki i silny. Miał jasne blond włosy i zielone oczy. Kobieta wydawała się przy nim mała i drobna. Miała białe włosy i zupełnie inne oczy. Jedno niebieskie,a drugie zielone. Na swój sposób wyglądała na silną. I była cholernie seksowna. A potem doszło do mnie,że to Nora. Byłem zdziwiony i nie dowierzałem. Co ona robi? Była skupiona i czujna. Gotowa w każdej chwili bronić swoją siostrę. Nawet nie drgnęła kiedy za oknem rozległ się grzmot. Zatrzymała się w tym samym momęcie co drugi strażnik,cztery metry od Księżniczki Tessy. Nora wiedziała,że ją obserwuję,czuła mój palący wzrok na sobie. Na zewnątrz rozpętała się burza. Ochłonąłem trochę,przenosząc mój wzrok na czarnowłosą. Uśmiechała się promiennie,witając się z moją matką. Potem przywitała się ze mną i usiadła na krześle naprzeciwko nas. Nie słuchałem co mówiła. Chciała zawieszenia broni,by nasze królestwa żyły w przyjaźni. Po dwóch godzinach podpisały porozumienie.
-Może zostaniecie? Na zewnątrz rozpętała się brzydka burza-zapytałem je.
Zaskoczyłem tym tylko Księżniczkę. Zdziwiona popatrzyła na swoją siostrę,która nic po sobie nie dała poznać.
-Nie chcielibyśmy,żebyście się przeziębiły albo zachorowały-matka popatrzyła na białowłosą z udawaną troską.
Ale dziewczyna nie zareagowała. Żelaźnie trzymała się zasady nie odzywania się strażników. Nie wtrącać się w sprawy nie interesujące strażnika. Jedynym zadaniem strażnika było bezpieczeństwo przydzielonego człowieka. Wtrącał się tylko jeśli przydzielonemu człowiekowi groziło niebezpieczeństwo. Coś mnie do niej przyciągało. Może to,że jako jedyna na mnie nie leciała? Nie wiem,ale kiedy była blisko przyciąganie było mocniejsze.
-Dziękujemy za troskę,ale nie możemy zostać. W domu czekają na mnie obowiązki,które jeszcze nie wypełniłam-odpowiedziała
Tessa,lekko zarumieniona. Pożegnała się i z kopią porozumień ruszyła do drzwi. A za nią jej osobiści strażnicy. Lustrowałem Norę wzrokiem,dopóki nie znikła w korytarzu.
-Nie wiedziałam,że ta mała wstąpiła do strażników-oznajmiła poważnie matka-Przynajmniej wiesz,że będzie na balu za dwa dni-dodała z lekkim uśmiechem.
Przeczesała ręką swoje brązowe włosy do pasa. Jej szare oczy były zamyślone. Oczywiście,że będzie.
Zamierzam z nią pogadać.
Dwa dni upłynęły szybko na przygotowaniach. Stałem ubrany w czarny garnitur i witałem gości. Po piętnastu minutach zjawiła się jako ostatnia Tessa z czterema strażnikami. Zobaczyłem ją jak powoli i uważnie szła obok blondyna,który z troską coś ją pytał. Widać było,że Nora się zmieniła. Stała się sztywniejsza i chodziła ostrożniej. Miała ledwo zarysowane mięśnie na rękach,ale miała. U dziewczyn,które zaczynają w takim wieku straż trudno wyrobić mięśnie,ale nie jest to niemożliwe. Po prostu trzeba dużo ćwiczyć. Była czujna i gotowa do ataku. Stanęła pod ścianą razem z blondynem. Powiedziała coś do niego i oboje skupili się na obserwowaniu sali. Od czasu do czasu zerkała na siostrę. Byłem lekko zirytowany,że nie przyjechała tu jako księżniczka. Łatwiej byłoby mi z nią porozmawiać. Teraz musiałem posłużyć się jej siostrą. Poprosiłem ją do tańca i zaprowadziłem na sam środek parkietu. Położyłem jej lewą rękę na talii,a prawą splotłem z jej dłonią.
-Chcę porozmawiać z Twoją siostrą-oznajmiłem jej cicho-Z dala od ludzi-dodałem,na co się uśmiechnęła.
-Zrobię co w mojej mocy-odpowiedziała-Gdzie mam ją przyprowadzić?-zapytała.
-Na końcu korytarza jest mała sala,teraz już nieużywana. Tam ją przyprowadź-odpowiedziałem-Czemu ma siniaka na szyi?-zapytałem.
-Jak widzisz trenuje na strażniczkę i uparcie ćwiczy. Niestety ma niepokonanego nauczyciela. Zakazała mu jako księżniczka być dla niej łagodny. No i traktuje ją na treningach jak każdego innego ucznia,ale ona nie narzeka-odpowiedziała na moje pytanie Tessa.
-Mimo wszystko jest delikatna i tak powinno się ją traktować-powiedziałem.
-Na Twoim miejscu nie denerwowałabym ją. Nie lubi jak się jej wytyka wady-ostrzegła mnie.
-Nie zamierzam ją denerwować. Chcę tylko porozmawiać-odpowiedziałem.
Kiedy taniec się skończył wyszedłem z sali balowej i po minucie wchodziłem do małej sali. Była uprzątnięta,a stoły i inne rzeczy leżały pod ścianą. Czarne ciężkie zasłony zasłaniały wielkie okna. Zapaliłem światło i czekałem. Po trzech minutach usłyszałem jak idą korytarzem.
-Po prostu ktoś chce z tobą porozmawiać-odpowiedziała Tessa,a przynajmniej jej głos.
-Jestem zajęta. Mam Cię pilnować i nie mogę z nikim rozmawiać-warknęła w odpowiedzi tamta.
-Uważaj,bo niedługo Ken zrobi Ci całkowite pranie mózgu-powiedziała Tessa,rozbawiona.
-To moje marzenie,a poza tym nikt nie zrobił mi prania mózgu!-syknęła Nora.
-Twoim marzeniem było być wiecznie zmęczonym? Mieć na całym ciele siniaki?-zapytała tamta.
-Tess,wiesz o co mi chodzi. Zawsze chciałam pokazać innym,że nie jestem taka delikatna za jaką mnie biorą. Że kobieta też umie walczyć-odpowiedziała Nora.
-Przecież wiem siostrzyczko. A teraz wchodź-powiedziała Tessa i uchyliła lekko drzwi.
Nora z westchnieniem weszła i rozejrzała się. Jej wzrok w końcu padł na mnie i zlustrowała mnie od stóp do głów. Wcześniej ściągnąłem marynarkę,która teraz leżała na krześle obok mnie. Uśmiechnąłem się do niej. Zmraszczyła brwi i skrzyżowała ręce pod biustem.
-Po co chciałeś się ze mną spotkać?-zapytała,nie ruszając się z miejsca.
-Chciałem z Tobą porozmawiać-odpowiedziałem,podchodząc do niej powoli.
Nie miała na głowie hełmu,ale jej włosy były związane w kucyk. Musiała odsłonić zielone oko,by lepiej widzieć.
-O czym?-zapytała.
Wzruszyłem ramionami,zatrzymując się krok przed nią. Musiała unieść lekko głowę do góry,by widzieć moją twarz. Wyciągnąłem rękę i przejechałem palcem po jej ustach. Były miękkie i zimne. Cofnęła się dwa kroki do tyłu.
-O Tobie-odpowiedziałem lekko schrypniętym głosem.
-Nie mam zamiaru rozmawiać o sobie z Tobą-warknęła z błyskiem w oku.
Zrobiłem dwa kroki do przodu,a ona jeden w tył. Jej plecy zderzyły się z drzwiami. Nie miała jak dalej się cofać. Wiedziałem,że ona też czuje to przyciąganie. Zablokowałem jej niesprawny cios w żołądek. Unieruchomiłem jej obie ręce,po bokach jej głowy i zmniejszyłem odległość między nami. Próbowała się wyrwać,ale byłem silniejszy. Patrzyłem przez chwilę jej prosto w piękne oczy,by mogła zobaczyć pożądanie,determinację i głód,a potem wpiłem się w jej usta. Nie oddawała pocałunków,ale mi na razie wystarczyło to,że mogę jej dotykać i całować.
Nie mogłem doczekać się spotkania z Norą,zwłaszcza,że nie mogłaby nic zrobić. W końcu jest na dyplomacji u nas. Moja matka siedziała na krześle przy okrągłym stole w Sali Porozumień i cierpliwie czekała na Księżniczkę. Ja siedziałem obok niej i wierciłem się na krześle,co ją irytowało.
-Nie wierć się-warknęła na mnie-Już idą-dodała kiedy usłyszeliśmy kroki.
Znieruchomiałem i obserwowałem drzwi. Uchyliły się i pierwszy wszedł posłaniec. Za nim weszła księżniczka w niebieskiej sukience,a za nią po obu stronach,trzy kroki za nią weszła dwójka strażników. Mężczyzna i kobieta. Mężczyzna był wysoki i silny. Miał jasne blond włosy i zielone oczy. Kobieta wydawała się przy nim mała i drobna. Miała białe włosy i zupełnie inne oczy. Jedno niebieskie,a drugie zielone. Na swój sposób wyglądała na silną. I była cholernie seksowna. A potem doszło do mnie,że to Nora. Byłem zdziwiony i nie dowierzałem. Co ona robi? Była skupiona i czujna. Gotowa w każdej chwili bronić swoją siostrę. Nawet nie drgnęła kiedy za oknem rozległ się grzmot. Zatrzymała się w tym samym momęcie co drugi strażnik,cztery metry od Księżniczki Tessy. Nora wiedziała,że ją obserwuję,czuła mój palący wzrok na sobie. Na zewnątrz rozpętała się burza. Ochłonąłem trochę,przenosząc mój wzrok na czarnowłosą. Uśmiechała się promiennie,witając się z moją matką. Potem przywitała się ze mną i usiadła na krześle naprzeciwko nas. Nie słuchałem co mówiła. Chciała zawieszenia broni,by nasze królestwa żyły w przyjaźni. Po dwóch godzinach podpisały porozumienie.
-Może zostaniecie? Na zewnątrz rozpętała się brzydka burza-zapytałem je.
Zaskoczyłem tym tylko Księżniczkę. Zdziwiona popatrzyła na swoją siostrę,która nic po sobie nie dała poznać.
-Nie chcielibyśmy,żebyście się przeziębiły albo zachorowały-matka popatrzyła na białowłosą z udawaną troską.
Ale dziewczyna nie zareagowała. Żelaźnie trzymała się zasady nie odzywania się strażników. Nie wtrącać się w sprawy nie interesujące strażnika. Jedynym zadaniem strażnika było bezpieczeństwo przydzielonego człowieka. Wtrącał się tylko jeśli przydzielonemu człowiekowi groziło niebezpieczeństwo. Coś mnie do niej przyciągało. Może to,że jako jedyna na mnie nie leciała? Nie wiem,ale kiedy była blisko przyciąganie było mocniejsze.
-Dziękujemy za troskę,ale nie możemy zostać. W domu czekają na mnie obowiązki,które jeszcze nie wypełniłam-odpowiedziała
Tessa,lekko zarumieniona. Pożegnała się i z kopią porozumień ruszyła do drzwi. A za nią jej osobiści strażnicy. Lustrowałem Norę wzrokiem,dopóki nie znikła w korytarzu.
-Nie wiedziałam,że ta mała wstąpiła do strażników-oznajmiła poważnie matka-Przynajmniej wiesz,że będzie na balu za dwa dni-dodała z lekkim uśmiechem.
Przeczesała ręką swoje brązowe włosy do pasa. Jej szare oczy były zamyślone. Oczywiście,że będzie.
Zamierzam z nią pogadać.
Dwa dni upłynęły szybko na przygotowaniach. Stałem ubrany w czarny garnitur i witałem gości. Po piętnastu minutach zjawiła się jako ostatnia Tessa z czterema strażnikami. Zobaczyłem ją jak powoli i uważnie szła obok blondyna,który z troską coś ją pytał. Widać było,że Nora się zmieniła. Stała się sztywniejsza i chodziła ostrożniej. Miała ledwo zarysowane mięśnie na rękach,ale miała. U dziewczyn,które zaczynają w takim wieku straż trudno wyrobić mięśnie,ale nie jest to niemożliwe. Po prostu trzeba dużo ćwiczyć. Była czujna i gotowa do ataku. Stanęła pod ścianą razem z blondynem. Powiedziała coś do niego i oboje skupili się na obserwowaniu sali. Od czasu do czasu zerkała na siostrę. Byłem lekko zirytowany,że nie przyjechała tu jako księżniczka. Łatwiej byłoby mi z nią porozmawiać. Teraz musiałem posłużyć się jej siostrą. Poprosiłem ją do tańca i zaprowadziłem na sam środek parkietu. Położyłem jej lewą rękę na talii,a prawą splotłem z jej dłonią.
-Chcę porozmawiać z Twoją siostrą-oznajmiłem jej cicho-Z dala od ludzi-dodałem,na co się uśmiechnęła.
-Zrobię co w mojej mocy-odpowiedziała-Gdzie mam ją przyprowadzić?-zapytała.
-Na końcu korytarza jest mała sala,teraz już nieużywana. Tam ją przyprowadź-odpowiedziałem-Czemu ma siniaka na szyi?-zapytałem.
-Jak widzisz trenuje na strażniczkę i uparcie ćwiczy. Niestety ma niepokonanego nauczyciela. Zakazała mu jako księżniczka być dla niej łagodny. No i traktuje ją na treningach jak każdego innego ucznia,ale ona nie narzeka-odpowiedziała na moje pytanie Tessa.
-Mimo wszystko jest delikatna i tak powinno się ją traktować-powiedziałem.
-Na Twoim miejscu nie denerwowałabym ją. Nie lubi jak się jej wytyka wady-ostrzegła mnie.
-Nie zamierzam ją denerwować. Chcę tylko porozmawiać-odpowiedziałem.
Kiedy taniec się skończył wyszedłem z sali balowej i po minucie wchodziłem do małej sali. Była uprzątnięta,a stoły i inne rzeczy leżały pod ścianą. Czarne ciężkie zasłony zasłaniały wielkie okna. Zapaliłem światło i czekałem. Po trzech minutach usłyszałem jak idą korytarzem.
-Po prostu ktoś chce z tobą porozmawiać-odpowiedziała Tessa,a przynajmniej jej głos.
-Jestem zajęta. Mam Cię pilnować i nie mogę z nikim rozmawiać-warknęła w odpowiedzi tamta.
-Uważaj,bo niedługo Ken zrobi Ci całkowite pranie mózgu-powiedziała Tessa,rozbawiona.
-To moje marzenie,a poza tym nikt nie zrobił mi prania mózgu!-syknęła Nora.
-Twoim marzeniem było być wiecznie zmęczonym? Mieć na całym ciele siniaki?-zapytała tamta.
-Tess,wiesz o co mi chodzi. Zawsze chciałam pokazać innym,że nie jestem taka delikatna za jaką mnie biorą. Że kobieta też umie walczyć-odpowiedziała Nora.
-Przecież wiem siostrzyczko. A teraz wchodź-powiedziała Tessa i uchyliła lekko drzwi.
Nora z westchnieniem weszła i rozejrzała się. Jej wzrok w końcu padł na mnie i zlustrowała mnie od stóp do głów. Wcześniej ściągnąłem marynarkę,która teraz leżała na krześle obok mnie. Uśmiechnąłem się do niej. Zmraszczyła brwi i skrzyżowała ręce pod biustem.
-Po co chciałeś się ze mną spotkać?-zapytała,nie ruszając się z miejsca.
-Chciałem z Tobą porozmawiać-odpowiedziałem,podchodząc do niej powoli.
Nie miała na głowie hełmu,ale jej włosy były związane w kucyk. Musiała odsłonić zielone oko,by lepiej widzieć.
-O czym?-zapytała.
Wzruszyłem ramionami,zatrzymując się krok przed nią. Musiała unieść lekko głowę do góry,by widzieć moją twarz. Wyciągnąłem rękę i przejechałem palcem po jej ustach. Były miękkie i zimne. Cofnęła się dwa kroki do tyłu.
-O Tobie-odpowiedziałem lekko schrypniętym głosem.
-Nie mam zamiaru rozmawiać o sobie z Tobą-warknęła z błyskiem w oku.
Zrobiłem dwa kroki do przodu,a ona jeden w tył. Jej plecy zderzyły się z drzwiami. Nie miała jak dalej się cofać. Wiedziałem,że ona też czuje to przyciąganie. Zablokowałem jej niesprawny cios w żołądek. Unieruchomiłem jej obie ręce,po bokach jej głowy i zmniejszyłem odległość między nami. Próbowała się wyrwać,ale byłem silniejszy. Patrzyłem przez chwilę jej prosto w piękne oczy,by mogła zobaczyć pożądanie,determinację i głód,a potem wpiłem się w jej usta. Nie oddawała pocałunków,ale mi na razie wystarczyło to,że mogę jej dotykać i całować.
czwartek, 29 stycznia 2015
Rozdział Drugi.
Czego mogłam się spodziewać po napastniku,którego nie widziałam? Na pewno nie pocałunku. Wzięłam oddech i już miałam zrobić wszędzie lodowisko,kiedy usłyszałam ryk Nelly. Odwróciłam się cała zdrętwiała i przestraszona. To nie był zwyczajny ryk,to był ryk bólu. Moje serce przy śpieszyło,kiedy ruszyłam biegiem w stronę skąd dochodził ryk. Zapomniałam o wszystkim. O napastniku,o bezpieczeństwie,o rodzinie. Liczyła się tylko Nelly. Odpychałam od twarzy gałęzie,utrudniające mi szybki bieg. Kiedy dotarłam na miejsce zostały tylko ślady i krew. Nie było jej dużo. Wyglądało mi to na porwanie. Tylko po co komuś wilk? Podniosłam wzrok z nad śladów na odjeżdżający pomarańczowy powóz. Byli poza zasięgiem moich mocy,co nie oznaczało,że dałam za wygraną. Powóz należał do Jesieni,więc jeśli tam jadą to dorwę ich na moście oddzielającym Zimę od Jesieni. Przeczesałam palcami swoje białe włosy i ruszyłam biegiem przez wielki las. Nie zdążyłam nawet się dobrze rozpędzić jak coś chwyciło moją kostkę i szarpnęło. Wylądowałam na śniegu z jękiem. Błyskawicznie wstała i się odwróciłam,wyciągając miecz. Srebrny miecz ze znakami zimy. Przede mną stał brunet o czarnych oczach. Ten sam chłopak z balu. Grzywka opadała mi na zielone oko,ale przywykłam do tego. Jednym zgrabnym ruchem nadgarstka przecięłam brązowy bat,który oplatał moją kostkę. Brunet się uśmiechnął.
-To jest zakazane w tym królestwie-warknęłam na niego,unosząc miecz.
-Co jest zakazane?-zapytał zaciekawiony.
-Polowanie na cokolwiek przez obcych-odpowiedziałam-A Ty właśnie złamałeś zakaz Królowej-dodałam.
Starałam się zachować spokój co było ogromnie trudne,bo sama jego obecność doprowadzała mnie do białej gorączki.
-Nie polowałem na zwierzęta,tylko na Ciebie-oznajmił,obserwując moją reakcję.
-Nie jestem bezbronna-powiedziałam.
Próbował mnie nastraszyć? Dzisiaj nie miał szans. Byłam wściekła,bo nie uratowałam Nelly. Znikąd nagle pojawili się czterej żołnierze mamy. Nie miałam szans schować miecza ani go cofnąć spod gardła bruneta. Żołnierze byli zdziwieni nie ubiorem,bo do tego przywykli. Miałam miecz,nie byle jaki miecz. Miecz przekazywany z pokolenia na pokolenie w naszej rodzinie,a ja go zwinęłam sprzed ich nosów. Dokładnie tych czterech strażników. To było dziwne. Jeszcze dziwniejsza była ich aura. Dawniej biała-dobroć,lojalność i prawość-a teraz czarna i lepka jak smoła.
Wzięłam gwałtowny oddech.
-Nie jestem taka bezbronna jak myślisz-powiedziałam.
Znowu widziałam przyszłość. Miałam tylko kilka minut. Musiałam coś wymyślić i to szybko. Przyglądał mi się z zaciekawieniem. Zmarszczyłam brwi,ale nie ruszyłam się.
-Nawet nie wiesz z kim masz do czynienia-rzucił szyderczo.
-I vice versa-warknęłam,na co się zaśmiał.
-Jesteś Nora,córka Królowej Elsy. Masz siostrę Tessę. Uwielbiasz czytać i jesteś cicha. Masz Moc podobnie jak Twoja matka i siostra,ale nad nią jeszcze nie panujesz tak dobrze jak Królowa-zaczął wymieniać-Nie znosisz sukienek i butów na wysokim obcasie. Masz wilka Nelly,który jest już na mojej granicy i nic nie możesz zrobić. A oprócz tego jesteś cholernie naiwna-dodał.
Próbował wytrącić mnie z równowagi,ale się nie dałam. Miał Nelly? To bardzo dobrze. Nie znał mnie. To co powiedział to tylko pozory. Podeszłam do niego,opuszczając miecz. Zobaczyłam w jego oczach triumf.
-Co dokładnie zamierzasz mi zrobić?-zapytałam go cicho.
-Jeszcze nie wiem,ale na pewno Cię nie zabiję-odpowiedział.
-Cóż,na pewno zmienisz zdanie,po tym jak Ci spadnie ego-stwierdziłam lekko.
Uskoczyłam w bok i przywaliłam mu rękojeścią w kark. Padł bez czuja na ziemię. Wcześniej zamroziłam śnieg,więc z pewnością się potókł. Ruszyłam przed siebie nie śpiesząc się. Zmieniłam przyszłość i poniosę za to odpowiedzialność,ale na pewno nie teraz.
Z uśmiechem wdrapałam się na mój balkon i bezszelestnie podeszłam do drzwi balkonowych. O mało zawału nie dostałam,kiedy drzwi się otworzyły i zobaczyłam ojca. Zbladłam i spojrzałam na niego niepewnie. Weszłam do swojego pokoju i mama zapaliła światło. Zmrużyłam oczy,ale nic nie powiedziałam. Usiadłam na krześle i popatrzyłam wyczekująco na rodziców. Doskonale widzieli miecz w pochwie,bo nie próbowałam go ukryć. Wiedziałam,że wcześniej czy później się skapną. Sądziłam,że będzie to później,ale byłam przygotowana.
-Czemu nie zaczynacie kazania?-zapytałam zdziwiona i zbyta z tropu.
-Nie musimy. Doskonale wiesz co robisz i jakie będą Twoje konsekwencje-odpowiedziała mama.
-Przyszliśmy w innej sprawie. Jedziemy do Królowej Jesieni-tu mama przewróciła oczami-więc zostaniesz sama...
-Czy ta krowa ma syna?-przerwałam tacie.
Zaśmiał się cicho,przez co mama skarciła nas wzrokiem i wzniosła oczy do nieba. Zaśmiałam się.
-Czy Wy kiedykolwiek przestaniecie ją tak nazywać?-zapytała,przybierając surową minę.
-Nigdy-wystękaliśmy z tatą,pękając ze śmiechu.
Słychać nas pewnie było na korytarzu,ale nie przejmowaliśmy się tym. Śmialiśmy się tak głośno i prawdziwie,że mama wreszcie się uśmiechnęła.
-Jak myślisz tato,będziesz dał radę wytrzymać?-zapytałam go wesoło.
-Nie mam zielonego pojęcia-zaśmiał się cicho.
-Dlaczego pytasz czy ona ma syna?-zapytała mama.
-Pytam z czystej ciekawości-odpowiedziałam.
-Ma-odpowiedziała mama z błyskiem w oku.
To zawsze zwiastowało zwariowany plan. Po pięciu minutach wyszli,a ja walnęłam się spać w ubraniu. Miałam spokojną noc. Zero koszmarów. Rano obudziłam się wypoczęta i pełna energii. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam się w niebieskie spodnie,błękitną bluzkę i czarne buty do kolan. Rozczesałam jakoś włosy i związałam je w dobierańca. Zbiegłam na śniadanie z wielkim uśmiechem. Mama też była uśmiechnięta,tata uśmiechał się lekko,a Tessa się szczerzyła. Zjedliśmy śniadanie w radosnej atmosferze.
-Przebież się Tess-poprosił tata,kiedy skończyliśmy jeść.
W podskokach wybiegła z jadalni. Mama nadal się uśmiechała,a tata spoważniał.
-Jedziecie obie na spotkanie z Królową Jesieni-oznajmił tata powoli-Ty jako osobista strażniczka Tessy,a ona jako dyplomatka. My musimy niestety przyjąć Królową i Króla Lata-dodał z lekkim uśmiechem.
Wtedy zachowałam się jak dziewczyna,która dostała pod choinkę spełnione marzenie. Pisnęłam głośno i rzuciłam się z uściskiem na rodziców. Byli zdziwieni. Poskakałam sobie trochę i ogarnęłam się. Z szerokim uśmiechem się wyprostowałam.
-Dostanę zbroję,dwa miecze i wyszkolonego konia?-zapytałam.
-Oczywiście-odpowiedziała mama-Będą Wam też towarzyszyli inni wyszkoleni strażnicy,ale tylko Ty i Ken wejdziecie do zamku-dodała.
Skinęłam głową entuzjastycznie. Wróciłam do pokoju i przebrałam się w czarne spodnie,niebieski trochę za dużą bluzkę i ubrałam zbroję. Była biała i idealnie pasowała na mnie. Wcięcie w talii,biodra i nawet piersi. Wszystko było podkreślone. Do tego miałam czarne buty. Na rękę-powyżej łokcia-ubrałam błękitną wstęgę oznajmującą,że jestem osobistym strażnikiem i do tego włożyłam hełm. Był biały z dodatkami złota. Hełm nie zasłaniał moich włosów ani dwóch innych oczu. Wszyscy w zamku wiedzieli jakie mam oczy,ale nie poza nim. Zbroja wcale nie była taka lekka jak mi się zdawało,ale była wygodna i ochraniała przed śmiertelnymi ciosami. Nie była znów taka ciężka. Spokojnie mogłam biegać i walczyć. Do pasa przypięłam zwykły srebrny miecz ze złotymi i białymi akcentami i mój miecz. Zeszłam na dół spokojna i szczęśliwa,że moje marzenie się spełniło. Od zawsze chciałam być strażniczką. I nawet fajnie,że Tessy. Ken wytłumaczył mi jak mam wsiadać i zsiadać z konia,co było trudniejsze tylko w praktyce. Kiedy już umiałam tak mniej więcej wsiadać i zsiadać przyszła moja siostra. Mruknęła do mnie,a ja odpowiedziałam jej szerokim uśmiechem. Za co z kolei byłam skarcona przez Kena. Miał jasne włosy,tak jasne,że prawie białe i zielone oczy. Był wysoki i silny. Jeszcze nikt go nie pokonał w walce,ani nawet nie zranił. Od razu wróciłam do obojętnej,skupionej i czujnej miny. Kiedy tylko Tessa w niebieskiej sukience weszła do powozu,ruszyliśmy. Wszyscy na białych koniach. Ja i Ken byliśmy z tyłu. Po dwóch strażników po bokach i dwóch na przodzie. Wszyscy przeszkoleni i najlepsi z najlepszych. Oprócz mnie. Ja tu byłam nowa i nieprzeszkolona. Gdyby nas zaatakowano,musiałabym wiać z Tessą. Na szczęście nikt nas nie zaatakował przez trzy godziny. Kiedy zatrzymaliśmy się na kamiennym podjeździe pod wielkim czerwonym zamkiem,zobaczyłam posłańca na szczycie schodów. Stał wyprostowany i lekko niecierpliwie czekał na Tessę. Czarnowłosa księżniczka wyszła z powozu,a ja i Ken w tym samym czasie zeszliśmy z koni. Musiałam ubrać skórzane białe rękawice prawie do łokci z dodatkami niebieskiego i złota. Podczas walki są przydatne,chronią też przed mrozem. Wszędzie mieniło się kolorami. Zielony,pomarańczowy,czerwony,żółty... kolory były wszędzie tylko nie na zamku. Równym krokiem ruszyłam za Tessą razem z Kenem. Posłaniec jakoś szczególnie nie pałał entuzjazmem jak zobaczył,że idziemy z księżniczką.
-To jest zakazane w tym królestwie-warknęłam na niego,unosząc miecz.
-Co jest zakazane?-zapytał zaciekawiony.
-Polowanie na cokolwiek przez obcych-odpowiedziałam-A Ty właśnie złamałeś zakaz Królowej-dodałam.
Starałam się zachować spokój co było ogromnie trudne,bo sama jego obecność doprowadzała mnie do białej gorączki.
-Nie polowałem na zwierzęta,tylko na Ciebie-oznajmił,obserwując moją reakcję.
-Nie jestem bezbronna-powiedziałam.
Próbował mnie nastraszyć? Dzisiaj nie miał szans. Byłam wściekła,bo nie uratowałam Nelly. Znikąd nagle pojawili się czterej żołnierze mamy. Nie miałam szans schować miecza ani go cofnąć spod gardła bruneta. Żołnierze byli zdziwieni nie ubiorem,bo do tego przywykli. Miałam miecz,nie byle jaki miecz. Miecz przekazywany z pokolenia na pokolenie w naszej rodzinie,a ja go zwinęłam sprzed ich nosów. Dokładnie tych czterech strażników. To było dziwne. Jeszcze dziwniejsza była ich aura. Dawniej biała-dobroć,lojalność i prawość-a teraz czarna i lepka jak smoła.
Wzięłam gwałtowny oddech.
-Nie jestem taka bezbronna jak myślisz-powiedziałam.
Znowu widziałam przyszłość. Miałam tylko kilka minut. Musiałam coś wymyślić i to szybko. Przyglądał mi się z zaciekawieniem. Zmarszczyłam brwi,ale nie ruszyłam się.
-Nawet nie wiesz z kim masz do czynienia-rzucił szyderczo.
-I vice versa-warknęłam,na co się zaśmiał.
-Jesteś Nora,córka Królowej Elsy. Masz siostrę Tessę. Uwielbiasz czytać i jesteś cicha. Masz Moc podobnie jak Twoja matka i siostra,ale nad nią jeszcze nie panujesz tak dobrze jak Królowa-zaczął wymieniać-Nie znosisz sukienek i butów na wysokim obcasie. Masz wilka Nelly,który jest już na mojej granicy i nic nie możesz zrobić. A oprócz tego jesteś cholernie naiwna-dodał.
Próbował wytrącić mnie z równowagi,ale się nie dałam. Miał Nelly? To bardzo dobrze. Nie znał mnie. To co powiedział to tylko pozory. Podeszłam do niego,opuszczając miecz. Zobaczyłam w jego oczach triumf.
-Co dokładnie zamierzasz mi zrobić?-zapytałam go cicho.
-Jeszcze nie wiem,ale na pewno Cię nie zabiję-odpowiedział.
-Cóż,na pewno zmienisz zdanie,po tym jak Ci spadnie ego-stwierdziłam lekko.
Uskoczyłam w bok i przywaliłam mu rękojeścią w kark. Padł bez czuja na ziemię. Wcześniej zamroziłam śnieg,więc z pewnością się potókł. Ruszyłam przed siebie nie śpiesząc się. Zmieniłam przyszłość i poniosę za to odpowiedzialność,ale na pewno nie teraz.
Z uśmiechem wdrapałam się na mój balkon i bezszelestnie podeszłam do drzwi balkonowych. O mało zawału nie dostałam,kiedy drzwi się otworzyły i zobaczyłam ojca. Zbladłam i spojrzałam na niego niepewnie. Weszłam do swojego pokoju i mama zapaliła światło. Zmrużyłam oczy,ale nic nie powiedziałam. Usiadłam na krześle i popatrzyłam wyczekująco na rodziców. Doskonale widzieli miecz w pochwie,bo nie próbowałam go ukryć. Wiedziałam,że wcześniej czy później się skapną. Sądziłam,że będzie to później,ale byłam przygotowana.
-Czemu nie zaczynacie kazania?-zapytałam zdziwiona i zbyta z tropu.
-Nie musimy. Doskonale wiesz co robisz i jakie będą Twoje konsekwencje-odpowiedziała mama.
-Przyszliśmy w innej sprawie. Jedziemy do Królowej Jesieni-tu mama przewróciła oczami-więc zostaniesz sama...
-Czy ta krowa ma syna?-przerwałam tacie.
Zaśmiał się cicho,przez co mama skarciła nas wzrokiem i wzniosła oczy do nieba. Zaśmiałam się.
-Czy Wy kiedykolwiek przestaniecie ją tak nazywać?-zapytała,przybierając surową minę.
-Nigdy-wystękaliśmy z tatą,pękając ze śmiechu.
Słychać nas pewnie było na korytarzu,ale nie przejmowaliśmy się tym. Śmialiśmy się tak głośno i prawdziwie,że mama wreszcie się uśmiechnęła.
-Jak myślisz tato,będziesz dał radę wytrzymać?-zapytałam go wesoło.
-Nie mam zielonego pojęcia-zaśmiał się cicho.
-Dlaczego pytasz czy ona ma syna?-zapytała mama.
-Pytam z czystej ciekawości-odpowiedziałam.
-Ma-odpowiedziała mama z błyskiem w oku.
To zawsze zwiastowało zwariowany plan. Po pięciu minutach wyszli,a ja walnęłam się spać w ubraniu. Miałam spokojną noc. Zero koszmarów. Rano obudziłam się wypoczęta i pełna energii. Wzięłam zimny prysznic i ubrałam się w niebieskie spodnie,błękitną bluzkę i czarne buty do kolan. Rozczesałam jakoś włosy i związałam je w dobierańca. Zbiegłam na śniadanie z wielkim uśmiechem. Mama też była uśmiechnięta,tata uśmiechał się lekko,a Tessa się szczerzyła. Zjedliśmy śniadanie w radosnej atmosferze.
-Przebież się Tess-poprosił tata,kiedy skończyliśmy jeść.
W podskokach wybiegła z jadalni. Mama nadal się uśmiechała,a tata spoważniał.
-Jedziecie obie na spotkanie z Królową Jesieni-oznajmił tata powoli-Ty jako osobista strażniczka Tessy,a ona jako dyplomatka. My musimy niestety przyjąć Królową i Króla Lata-dodał z lekkim uśmiechem.
Wtedy zachowałam się jak dziewczyna,która dostała pod choinkę spełnione marzenie. Pisnęłam głośno i rzuciłam się z uściskiem na rodziców. Byli zdziwieni. Poskakałam sobie trochę i ogarnęłam się. Z szerokim uśmiechem się wyprostowałam.
-Dostanę zbroję,dwa miecze i wyszkolonego konia?-zapytałam.
-Oczywiście-odpowiedziała mama-Będą Wam też towarzyszyli inni wyszkoleni strażnicy,ale tylko Ty i Ken wejdziecie do zamku-dodała.
![]() |
| Hełm Nory i innych strażników.(Jest biały) |
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
